Podróże

Carretera Austral – niesamowita droga chilijskiej Patagonii

May 10, 2017

Niecałe 30 lat temu część Chile odcięta była od reszty świata. Około 68 tys ludzi żyło bez możliwości przemieszczania się między wieloma miejscowościami, bo nie istniały między nimi drogi. Połączenie regionu Aysen i Los Lagos z resztą kraju i stworzenie drogi o długości 1240km w najbardziej nieprzyjaznej części kraju, to projekt dyktatora Augusto Pinocheta, który ruszył w 1976 roku. Pierwszy odcinek drogi otwarty został w 1988r. Ze względu na dziewiczą naturę, ukształtowanie terenu i mało przyjazny klimat, było to wyjątkowo trudne i kosztowne przedsięwzięcie, tym bardziej skomplikowane, że przy minimalnym użyciu maszyn. W ciężkich warunkach pogodowych pracowało nad nim ponad 10 000 żołnierzy i nie obeszło się przez te lata bez wielu wypadków śmiertelnych.
Projekt doczekał się finału równo po 20latach od rozpoczęcia, chociaż kilka lat później przedłużono drogę o kolejny 100-kilometrowy odcinek. Tak naprawdę do dzisiaj trwają nad nią pracę, bo następny koncept to pokrycie Autostrady Południowej asfaltem. Na różnych odcinkach nowa nawierzchnia jest już gotowa i z każdym rokiem będzie jej przybywać. Wygoda, większa dostępność choć tak naprawdę cały urok tej trasy jest właśnie jej trudności… Na dzień dzisiejszy i tak duża część, to drogi szutrowe, od takich w całkiem niezłym stanie, po absolutnie najgorsze jakimi kiedykolwiek jechałam. Dość często zdarza się, że dziur w nawierzchni nie da się ominąć i po prostu wybiera się te, które będą najmniej szkodliwe dla pojazdu. Jednak nie dziury irytowały najbardziej, a nawierzchnia, która przypominała czasem nieustanną jazdę przez tory kolejowe, z wybojami co 10cm. Pamiętam takie ostatnie 20km jazdy, które zabrało nam ponad godzinę, a na widok asfaltu mieliśmy ochotę paść na kolona i całować nawierzchnię.

Najczęściej spotykane pojazdy na Carretera Austral, to auta terenowe, motor do off-road w pojedynkę to też dobra zabawa (w dwójkę i ciężkim bagażem już gorzej), ale wiecie kogo na trasie jest więcej od motocyklistów? Rowerzystów! Spotkaliśmy w tej podróży trochę osób podróżujących po Ameryce Południowej na rowerach, niektórzy po kilka lat przejeżdżający wzdłuż cały kontynent. Na drodze najwięcej rowerzystów mijaliśmy właśnie na Autostradzie Południowej. Zawsze podziwiam ich za chęci i motywację, ale jednocześnie nie zazdroszczę, bo chyba nie wyobrażam sobie siebie czerpiącej radość z takiej podróży. Każda z tych osób po długim czasie w podróży wydaje się być nią bardzo zmęczona i ja wcale się im nie dziwię.
Przejazd Carreterą rowerem, to to trochę taki lokalny klasyk, m.in. dlatego, że przejazd tą drogą transportem publicznym, to skomplikowana sprawa. Autobusy między niektórymi miejscowościami kursują kilka razy w tygodniu, bilety nie są tanie. Nie spotkaliśmy na trasie nikogo, kto nie korzystałby choć raz ze stopa, a wiele osób podróżowało tylko w ten sposób. Problem rozwiązuje też oczywiście własny transport, a co jest najłatwiejsze w organizacji i najtańsze? Rower. Tylko nie wiem na ile ta trasa może być przyjemnością na dwóch kółkach bez silnika. Ciągła jazda super-niewygodną drogą, wdychanie kurzu i spalin innych pojazdów, dźwiganie ze sobą zapasu jedzenia i wody (jednocześnie nie transportując zbyt wiele), pedałowanie pod górkę, no i często spanie gdzie popadnie, choć to wydaje się mniejszym kłopotem. No wiem, są ludzie którzy mają z tego mnóstwo frajdy, a ja mogę w ich kierunku tylko się ukłonić.

Jak wszędzie w Patagonii, do najlepszych wrażeń, bardzo przydaje się, to co jest tam najmniej stabilne – dobra pogoda. Dopisała nam w pierwszych dniach, w kolejnych zmarzliśmy i przemokliśmy na tyle, że zamiast kontynuować Carreterą do końca, zwialiśmy do Argentyny po trochę słońca.
Gdybym miała w najprostszy sposób podsumować widoki na Carretera Austral, to powiedziałabym, że to trochę taka druga Nowa Zelandia. Tylko mniej znana, rozdmuchana, nie kręcili tutaj Władcy Pierścieni, więc nie znajduje się na szczycie podróżniczych marzeń połowy świata. Mniej tutaj słonecznych dni, jest zimniej, no i same drogi są bardziej hardcorowe, bo wygodnym camperem tak łatwo się po niej nie jeździ.

Niezależnie od pogody, Carretera Austral z pewnością zalicza się do najpiękniejszych terenów Ameryki Południowej, dzikich i nieprzewidywalnych. Jeżeli chcecie odciąć się od reszty świata i być blisko natury, to tutaj znajdziecie spokój. Nie będziecie musieli uciekać od internetu, bo najczęściej po prostu nie istnieje, na próżno szukać też zasięgu w telefonie. Wypożyczenie na miejscu auta jest niemiłosiernie drogie, ale jeżeli znajdziecie dobry dla siebie sposób, żeby przejechać Carreterę Austral, to przygoda na długo zapadnie Wam w pamięci.

DSC07665-25.03. Po dłuższym czasie spędzonym w Argentynie wróciliśmy do Chile. Granicę przekroczyliśmy w Chile Chico i już kilka kilometrów za granicą przez widoki opadły nam szczęki. Oficjalnie nie był to jeszcze początek Carretery Austral. DSC07669-2DSC07670-2

DSC07672-2

DSC07689-2Droga wzdłuż ogromnego jeziora Gral Carrera to była zdecydowanie jedna z piękniejszych tras nie tylko tej podróży, ale i mojego życia. Zdjęcia tego nie pokażą (z moim aparatem byłoby może trochę łatwiej), ale uwierzcie mi na słowo.

DSC07714-2 DSC07712-2Trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę, co tylko wzmocniło wrażenia. DSC07696-2 DSC07707-2Ten fragment trasy (jakieś 80km) pełen był podjazdów, zjazdów, zakrętów i niełatwej nawierzchni.

DSC07684-2

DSC07727-2

DSC07680-2

DSC07715-2 DSC07718-2 DSC07722-2Mam wrażenie, że kiedy pojawi się tu asfalt, ten odcinek z Chile Chico wzdłuż jeziora zyska szczególną popularność.

DSC07709-2

DSC07753-2Te pierwsze 80km od granicy zajęło nam znacznie więcej niż możnaby się spodziewać i w końcu musieliśmy zacząć rozglądać się za noclegiem. Trafiliśmy do wioski Mallin Grande, gdzie jeden miejscowy polecił nam ogród swoich sąsiadów jako miejsce do rozbicia namiotu. Chociaż jako pierwszy zobaczył nas pan domu, to jego żona wyszła nam na spotkanie. Za kilka euro pozwoliła nam rozbić namiot w miejscu, gdzie czasem goszczą innych podróżnych. Pytając o jedzenie, zaoferowała nam za niewielką cenę warzywa ze swojego ogrodu i domowe pieczywo. Najbardziej charakterystyczne było u niej to, że zdrabniała co drugi wyraz do tego stopnia, że ciężko było mi ją zrozumieć – tomatito, matita, casita, lechugita – w ustach starszej, dość potężnej i nie takiej znowu uśmiechniętej kobiety brzmiało to całkiem zabawnie.DSC07733-2DSC07736-2DSC07758-2Rodzina miała psa, który wyglądem i zachowaniem bardzo przypominał nieżyjącego od wielu lat psa mojego dziadka.

DSC07731-2Końcówkę dnia wykorzystaliśmy na rozbicie namiotu i rozpalenie ogniska.

DSC07739-2 DSC07740-2Pomidory, jak każde domowe pomidory, były doskonałe. Ze wszystkich warzyw zrobiliśmy dużą miskę sałatki. Na ognisku podpiekliśmy trochę już twardawe bułki, ale potarte świeżym czosnkiem i skropione oliwą zdały egzamin.  Benjamin twierdził, że w każdej innej formie niż chleb czosnkowy miały posmak baraniny i chociaż to on chciał kupić więcej bułek, przez następne dni jadłam je już tylko ja.DSC07747-2Połowa tej podróży to było niebo z niesamowitymi gwiazdami.

DSC07760-26.03 Następnego poranka zaczęliśmy zbierać swoje rzeczy, podczas gdy rodzina czyściła ryby na kolację. Po wszystkim byli tak mili, że wręczyli nam łososia z lokalnego jeziora jako prezent. Po wysuszeniu namiotu i śpiworów pożegnaliśmy się i pojechaliśmy dalej.

DSC07762-2Dopiero tego dnia oficjalnie wjechaliśmy na Carretere Austral.

DSC07771-2

DSC07767-2

DSC07778-2Dwa dni zajęło nam okrążenie połowy jeziora, żeby móc wreszcie skierować się na północ.

DSC07783-2

DSC07784-2

DSC07785-2Drugi dzień dobrej pogody, turkusowego jeziora i niezliczonej ilości ośnieżonych szczytów dookoła.

DSC07786-2DSC07821-2Kolejną noc spędziliśmy na ładnie położonym campingu z prywatnym dostępem do plaży, tuż przed wioską Puerto Rio Tranquillo.DSC07787-2

DSC07808-2Do ugotowania na kolację mieliśmy łososia, którego dostaliśmy kilkanaście godzin wcześniej. Nie polecam gotować ryby na niewielkiej kuchence campingowej w towarzystwie tysiąca małych muszek. Bawiłam się na tyle dobrze, że straciłam apetyt na tę rybę i zjadłam ją z obojętnością. Na deser, z desperackiej potrzeby czegoś słodkiego, rozpuściłam dwie miniaturowe czekoladki, wymieszałam z mlekiem w proszku i w tej niby czekoladzie moczyliśmy suszone śliwki udając, że to najprawdziwsze śliwki w czekoladzie. Efekt końcowy był lepszy niż myślałam.

DSC07790-2

DSC07828-2

DSC07835-27.03. Następnego dnia, odcinek między Puerto Rio Tranquillo a Villa Cerro Castillo był jednym z cięższych. W całości żwirowa droga, momentami strasznie dziurawa i wspomniane we wstępie ostatnie 2okm, po których chcieliśmy wyrywać sobie włosy z głowy.

DSC07839-2

DSC07838-2

DSC07845-29.03. Villi Cerro Castillo nie wspominam zbyt dobrze. Kilka małych sklepików, jedna nieciekawa restauracja i zdaje się jeden hostel – ten, w którym się zatrzymaliśmy. Był drogi i miał jakąś nieciekawą atmosferę przez sztucznie miłą obsługę. Przeczekaliśmy tu dwie noce, żeby wreszcie trzeciego dnia, kiedy poprawiła się pogoda, pójść na kilkugodzinny trekking pod Cerro Castillo.DSC07844-2

DSC07870-2

DSC07864-2Miło, że po pechu z El Chalten przynajmniej ta góra wyłoniła się zza chmur.

DSC07863-2

DSC07858-2

DSC07872-2Po dwóch nocach w słabym hostelu zatęskniliśmy za campingiem na dziko. W Patagonii to często naprawdę znacznie przyjemniejsza opcja niż spanie węwnątrz i najważniejsze – nic nie kosztuje. Bez namiotu ta podróż straciłaby 1/3 uroku!
Kilkanaście kilometrów za Coyhaique, jedną z większych miejscowości Carretery, znaleźliśmy przyjemne miejsce do spania nad rzeką.DSC07874-2Widok na Golden Gate Bridge, ha!DSC07875-210.03 Kilka godzin spędzonych w drodze i chociaż w Puyuhuapi mieliśmy być tylko przejazdem, musieliśmy zostać na noc. Byliśmy na stacji benzynowej, kiedy strasznie się rozpadało. Staliśmy jakąś godzinę pod dachem, ale w końcu musieliśmy się ruszyć. Pracownik stacji polecił nam miejsce na nocleg, ale całe miasteczko było rozkopane, ulice pozamykane i pełne błota, więc dojazd, który normalnie zająłby nam 3min, przedłużył się do 15, a my zmokliśmy najbardziej w całej podróży. Na miejscu nocleg okazał się dużo droższe niż myśleliśmy. W ogóle byliśmy zdziwieni, bo wioska świeciła pustkami, wszystkie noclegi były drogie i nikt z właścicieli nie chciał ani trochę obniżyć ceny. Schowaliśmy się na jakieś dwie godziny pod dachem w centrum miasta, aż w końcu wylądowaliśmy na campingu razem z dwójką rowerzystów z Francji. Na tym etapie zmęczyła nas deszczowa pogoda kilku ostatnich dni i zimno Patagonii, bardzo zatęskniliśmy za słońcem. Uznaliśmy, że nie będziemy kontynuować do końca Carretery Austral, a przejedziemy do Argentyny, gdzie prognoza pogody prezentowała się znacznie lepiej.

DSC07876-2Puyuhuapi słynie z ulokowanego nad jeziorem luksusowego ośrodka spa, ale niestety zupełnie nie wpisuje się w możliwości budżetowego turysty.

DSC07877-2

DSC07879-211.03 Przerwa na rozprostowanie nóg i mały drewniany kościół gdzieś w polu. DSC07881-2O tak sobie mieszkają ludzie w Patagonii. Czasem naprawdę dziwiło jak bardzo są odcięci od cywilizacji.

DSC07883-2Odcinek drogi w okolicach Puyuhuapi jest nową asfaltową nawierzchnią, długi odcinek na południe wioski jest remontowany, ale doga do Futuleufu, granicy z Argentyną znowu była szutrowa.

DSC07882-2

DSC07889-2

DSC07888-2Turkusowa, górska rzeka na której można uprawiać rafting.

DSC07886-2Przejeżdżając przez kolejną oderwaną od reszty świata wioskę zatrzymaliśmy się na kawę. Na jednym z domów wisiały szyldy informujące o napojach i kanapkach. Trochę się napukaliśmy w drzwi zanim zjawił się mężczyzna i zapytał co chcemy. Przytaknął na kawę, na pytanie o kanapkę krzyknął do żony czy coś mają. Mieli kanapkę z serem, ale wtedy już wiedziałam, że nie byłoby to nic więcej niż mała, sucha bułka z cienkim plastrem sera, więc podziękowaliśmy. Benjamin zamówił kawę i tu też nie zdziwiliśmy się, że pani przyniosła wrzątek i puszkę Nescafe, ukochaną kawę Ameryki Południowej.

DSC07885-2Czuliśmy się trochę jak byśmy odwiedzili sąsiadkę, która z nami co prawda nie rozmawiała, ale było jej przynajmniej obojętne, że siedzimy w jej salonie.

DSC07892-2

DSC07897-2Fragmenty drogi do Futuleufu były jednymi z najpiękniejszych jakie widzieliśmy na Carretera Austral!

DSC07901-2Wszystkie wioski i miasteczka jakie odwiedzaliśmy lub przez które przejeżdżaliśmy w Chile, były nie przyciągały absolutnie niczym. Nie chodzi o to, że były brzydkie, ale bez uroku i wyrazu. Futuleufu wydało nam się pierwszym takim, które coś w sobie miało.

DSC07899-2

DSC07900-2Tego dnia opuściliśmy Chile i w poszukiwaniu lepszej pogody ponownie zawitaliśmy do Argentyny!

You Might Also Like

  • grhheen

    Zdjęcia są super, nawet jeśli nie zrobione Twoim-aparatem. 🙂 Pozdrawiam!

  • Ja to Ci powiem, że jeśli chodzi o rowerowe wyjazdy, to też sobie nie wyobrażam, za nic w świecie. Mogę iść na ciężki trekking z plecakiem na plecach, ale jazda pod wiatr i pod górę to jest dla mnie zero przyjemności, cierpię jak wracam z pracy i mam pod wiatr 😀
    Ale i na motorze myślę, że nie jest Wam lekko, szacun wcale nie mniejszy. Nie wiem jak jest różnica w komforcie jazdy między motorem a skuterem (pewnie duża), ale przejeżdżone dwa dni na bali już nam dały w kość.

    A zdjęcia są naprawdę ok, dają radę!

  • Widoki super 😉

  • Piękna dzicz i pewnie ludziom bez dróg nie żyło się najprzyjemniej, ale może dzięki temu jest tam jeszcze ten nienaruszony/słabo naruszony pierwiastek krajobrazu?
    Już dawno chciałam zrobić sobie prawko na motor, ale śledząc wasze tripy chcę zapisać się już teraz!

  • Anna Kapys

    ale co mi sie najbardziej podoba to to, ze tam prawie nie ma ludzi 😀 bosko – i te widoki, surowe, lecz piekne.