Wizyta Marcina trwała jeszcze krócej niż Bzu, ale pewnie za kilkadziesiąt lat z niedowierzaniem będziemy wracać do tych wieczorów spędzonych na dachu hostelu, środku nocy na pustej plaży albo pierwszych fal Marcina złapanych na desce w Meksyku.
Paradoksalnie w tym roku, kiedy dzielił nas największy dystans i kilka stref czasowych, widzieliśmy się wyjątkowo często. Szkoda tylko, że pożegnaliśmy się nie wiedząc, gdzie i kiedy zobaczymy się następnym razem…
Written by
Ula
Further Reading...
Previous Post