Podróże

Mexico City – zwiedzanie stolicy Meksyku z kulinarnymi przystankami

Marzec 13, 2014

W Mexico City ląduję nad ranem, ale czekam, aż na dworze zrobi się jasno zanim ruszę w stronę miasta.
Stoję na stacji, czekam na metro, podjeżdża pociąg. Zanim się zatrzyma już zauważam kilkanaście par męskich oczu na najbardziej wyróżniającej się osobie na peronie. Nie lubię być w centrum zainteresowania, ale w podróży czasem mnie to bawi. Wsiadam do metra z uśmiechem.
Po kilku stacjach czeka mnie przesiadka. Godzina szczytu, wszyscy jadą do pracy. Podjeżdża kilka kolejnych pociągów, ale udaje mi się wejść dopiero do któregoś z kolei. Miejsca siedzące są zajęte po pięciu sekundach, nikt nie da sobie wydrzeć tej wygody.
Na następnej stacji do wagonu wlewa się morze ludzi i odtąd zaczyna się najgorsza przejażdżka metrem mojego życia. Podróżowałam metrem w godzinach szczytu w od Nowego Jorku, przez Londyn, po Tokio, ale takiego ścisku jeszcze nie doświadczyłam.
Nie mam już na plecach 12kg, ale 30, bo bo ludzie uwieszają się na moim plecaku. Z przodu mam drugi. Zaczynam marzyć o wydostaniu się stamtąd ale przede mną długa droga.
Znowu stacja i znowu wdzierają się kolejne osoby, chociaż byłam pewna, że nie zmieściłaby się w wagonie już nawet połowa człowieka
Na zakrętach przeklinam fizykę i siłę odśrodkową. Czuję jak cały tłum przyciska mnie do drzwi i że zaraz będę wolała przez nie wypaść niż jechać dalej. Na stacjach drzwi zamykają się po 10 razy, ale przy tym tłumie nie pomogłoby nawet dopychanie pałką, jak to praktykuje się czasem w Japonii.
Słowo „przepraszam” w podziemiu Districo Federal nie istnieje. Jeżeli nie masz wystarczająco silnych łokci, nie wejdziesz do metra, albo z niego nie wyjdziesz.
Jestem pewna podziwu dla pani, która z torebki wyciąga wałki i zaczyna nawijać je na włosy. Ja nie mogę nawet ruszyć ręką.
Moment przedarcia się przez tłum w kierunku drzwi i pierwszy łyk powietrza na stacji docelowej był cudowny, ale i tak pierwsza podróż meksykańskim metrem zostawiła całkiem głęboką dziurę w mojej psychice.
Na szczęście podobna przejażdżka już się nie powtórzyła.

===

I znowu, jak to często bywa w podróży, przypadek zadecydował o większości mojego pobytu w stolicy Meksyku.
W trzeci dzień znalazłam na Couchsurfingu, w dziale lokalnych wydarzeń informację o cotygodniowej lekcje kubańskiej salsy, z kolacją wliczoną w cenę. Cena wynosiła ledwo ponad 10zł, lokalizacja była bardzo blisko mojego hostelu, więc uznałam, że nie mogę zmarnować takiej okazji.
Nie za bardzo lubię tańczyć, ale salsy zawsze chciałam się nauczyć. W godzinę oczywiście niewiele załapałam, ale poznałam podstawowe kroki. Po lekcji zaczęłam rozmawiać z dwoma uczestnikami kursu, Xavierem i Chrisem. Usiedliśmy razem przy stole i przegadaliśmy kolację. Kiedy dowiedzieli się, że kilka dni wcześniej miałam urodziny, koniecznie chcieli postawić mi tequillę. Poszliśmy do baru z muzyką na żywo i tam wypiłam kielona pierwszej tequilli na terenie jej ojczyzny.
Na drugi dzień spotkałam się z Xavierem w muzeum/domu Fridy Kahlo i zwiedziliśmy razem okolice.
Szybko się zakumplowaliśmy i Xavier zaproponował, żebym przeniosła się do jego domu. Idealnie się złożyło, bo w hostelu kończyła mi się rezerwacja, a nie wiedziałam co mam robić dalej i gdzie jechać. Zostałam więc na kolejne trzy dni w D.F., a ostatecznie spędziłam dziesięć.
Byłam za to beznadziejna w dokumentowaniu tych dni i dlatego post z Mexico City będzie tylko jeden, a poniższe zdjęcia bardzo przeciętne. Z drugiej jednak strony zauważyłam, że pierwszy post z danej lokalizacji budzi największe zainteresowanie, każdy kolejny odwiedzacie w coraz mniejszym gronie. Może więc wyszło na dobre.

Jakie wrażenie zrobiło na mnie miasto? Było jednym z najfajniejszych, jakie odwiedziłam w Ameryce Łacińskiej. Wszechobecny street food od razu chwycił mnie za serce, a ceny jedzenia były dużą ulgą po miesiącu spędzonym w Stanach. Momentami męczyły mnie szerokie, cuchnące spalinami ulice, ale na terenie miasta było mimo wszystko dużo zieleni. Nie było też momentu, żebym odczuwała jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Co tu dużo mówić, jeżeli będzie okazja, to chętnie wrócę na dalszą eksplorację najlepszych tacos w mieście.

Untitled
Dom Fridy Kahlo był super, byłam pod dużym wrażeniem, zwłaszcza tymczasowej wystawy dotyczącej jej strojów.Untitled
Mike, którego poznałam w Toronto wysłał mi od swojego kolegi z Mexico City kilka wskazówek, gdzie warto zjeść. Pierwszą wypróbowałam z Xavierem po odwiedzeniu Casa de Azul, na pobliskim targu. Tacos z El Charro okazały się świetne, z dużą ilość mięsa i dodatków, a lepszego grillowanego kaktusa niż tam, do tej pory nie jadłam.Untitled
Xavier, a po prawej ściana chicharron, czyli smażona wieprzowa skóra, powiedzmy, że skwarki, łamana na kawałki przyjmuje rolę prażynek, chipsów.UntitledUntitled
Tostada, czyli twarda tortilla z owocami morza, sałatą i guacamole. Ciężka do zjedzenie bo tortilla się łamie, składniki spadają, ale komu by to przeszkadzało, kiedy tak dobrze smakuje?
Untitled
Miło było mieć przy sobie Xaviera, bo dzięki niemu dowiedziałam się rzeczy, które w innej sytuacji na pewno by mi umknęły. Kiedy miałam ochotę na koktail owocowy, polecił mi spróbować smoothie z pigwicy właściwej, owoca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Ciężko porównać jego smak do czegokolwiek (może odrobinę do śliwki?) ale był bardzo dobry, choć gęsty i mocno sycący.
Untitled
Spacer po Coyoacan.UntitledUntitled
Churros z jednej z ulubionych miejscówek w mieście. Z cajetą- dulce de leche z koziego mleka i kremowym serkiem. No i nadgryziony churro Xaviera, bo nie znał mnie wystarczająco długo i zapomniał, że nie może zacząć jeść zanim zrobię zdjęcie;).UntitledUntitledUntitled
Cafe El Jarocho, jedna z ulubionych kawiarni mieszkańców Mexico City, podobno w weekendy ustawiają się tu kolejki.Untitled
W tłusty czwartek, żeby połączyć moce z ojczyzną, wybrałam się do El Morro, funkcjonującej od 1935 kawiarnii słynącej z churros.Untitled
Churros wytarzane w cukrze z cynamonem i do tego gorąca czekolada. Niekoniecznie gęsta i intensywna w smaku, ale to pewnie i lepiej, bo inaczej nie pokonałabym całej porcji. UntitledUntitled
Pamiętam jak kilka dobrych lat temu oglądałam odcinek „Boso przez świat” Cejrowskiego z Mexico City i część odcinka nagrywał właśnie tutaj, na 45piętrze budynku Torre Latinoamericana. Miałam wtedy wyobrażenie o tym mieście, że jest niebezpieczne, zanieczyszczone i że łatwo zatruć się jedząc coś na ulicy. Teraz bawi mnie to wspomnienie chociaż rzeczywiście nad miastem widać unoszący się smog.Untitled
Mexico City tworzy jedną z największych aglomeracji miejskich na świecie, liczącą 21mln mieszkańców. I rzeczywiście, patrząc na miasto z góry, nie widać jego końca. Podobnie jak w Tokio.Untitled
Ustrzelone gdzieś w mojej dzielnicy, Colonia Roma, która uznawana jest za najładniejszą w mieście. Gdybym miała 50tkę pewnie bardziej postarałabym się ją sfotografować, ale wygrało lenistwo.Untitled
Tacos al pastor to efekt wpływu libańskich imigrantów na kuchnię meksyńską. Mięso shoarma na tortilli, podawane często z anananem, do tego kilka klasycznych dodatków typu cebula i kolendra. El Tizoncito, który dzisiaj jest lokalną sieciówką przypisują sobie też wynalezienie tacos al pastor i właśnie tam postanowiłam ich spróbować. Jadłam je później w jeszcze dwóch innych miejscach, ale nie przebiły pierwszych.Untitled
Miejskie targi w Mexico City były moimi ulubionymi miejscami do zwiedzania. Mercado de Medelin znajdował się niedaleko mojego hostelu, ale przede wszystkim polecam odwiedzenie La Merced, zwłaszcza jeśli chodzi o zakupy spożywcze, bo wszystko było tam bardzo tanie.Untitled
Widząc wielkie piniaty zapragnęłam rozbić taką któregoś dnia.Untitled
Opuncje sprzedawane są w takich ilościach jak pomidory czy ziemniaki.Untitled
Na lunch wybrałam stoisko z owocami morza i zamówiłam zupę. Za 11zł dostałam miskę pysznego pikantnego bulionu z krewetkami, małzami, rybą i krabem. Posypana kolendrą przeniosła mnie do Portugalii.Untitled
W jeden z wieczorów Xavier zabrał mnie na punkt widokowy na wysokości ponad 3tys m.n.p.m.
Mexico City leży na wysokości ponad 2200 m.n.p.m, więc bieganie tam było dla mnie praktycznie treningiem wysokogórskim.
Untitled
Jedną z weekendowych wycieczek były piramidy/ miasto Azteków w Teotihuacan, kilkadziesiąt kilometrów za miastem. Xavier odsłonił z tej okazji dach w swoim Jeepie, co przy takiej idealnej pogodzie przyniosło podwójną frajdę z road tripu. UntitledUntitled
Na Teotihuacan czułam się trochę jakbym znowu miała 8lat i była ciągana po muzeach i kościołach, które niekoniecznie mnie wtedy interesowały. Tłum, kolejki, upał, płaczące dzieci, pamiątki na każdym kroku. Eee…nie ruszyły mnie za bardzo te piramidy. Wiem, że w Guatemali zrobią na mnie większe wrażenie.Untitled Untitled
Chciałam to zrobić jak tylko wyruszyliśmy z domu, stanąć na siedzeniu, rozłożyć szeroko ramiona i poczuć na sobie . W końcu nadarzył się idealny moment, w radiu leciało „Smells Like Teen Spirit” zjeżdzaliśmy autostradą w dół, a w oddali ukazało się oświetlone zachodzącym słońcem Mexico City. Miałam w głowie „The Perks of Being a Wallflower„, a to był chyba najlepszy moment z mojego pobytu w mieście.
Untitled
Jazda na stojąco tak mi się spodobała, że później za każdym razem jak gdzieś jechaliśmy, starałam się stanąć chociaż na chwilę.

Xavier do niedawna mył sałatę mydłem, więc dałam mu kilka lekcji gotowania i wiedzy o produktach spożywczych. A poza tym korzystałam z tego, co znajdowałam na targach, czyli przygotowywałam milkshaki z niecodziennych owoców jak np. mamea, albo robiłam moją meksykańską wersję kanapki grilled cheese sandwich: ser Oaxaca, jarmuż, kolendra, awokado, salsa verde.
Untitled
W ostatnią noc miałam do zrealizowania misję. W miejscach poleconych przez kolegę Mike’a znalazło się jedno, przy którym napisał, że na pewno zachoruje po tym jedzeniu. Mike powiedział mu, że jestem twarda jak byk i nic mi nie będzie. A skoro zakładano się o mój żołądek w odległej Kanadzie, musiałam udowodnić, że przetrwam to przeklęte Tacos Beto. Miejsce słynie z tego, że serwuje tacos z dodatkiem (na życzenie) cochinady. Widzicie ten tłuszcz na zdjęciu? Przez całą noc smażą w nim mięsa, kiełbasy, cebule, a cochinada to resztki, które wyławiają z dna durszlakiem. Brzmi jak zawał serca na miejscu i coś czego normalna wątroba nie przetrwa. Untitled
Zamówiliśmy dwa tacos z cochinadą. Była godzina 23, a na drugi dzień musiałam wstawać po 5 rano i jechać na lotnisko. Wiedziałam więc czym ryzykuje i że może skończyć się tragicznie dla mojej podróży. Wyobrażałam sobie, że siedzę w samolocie w momencie startu i nagle muszę biec do toalety. To byłby dopiero dramat… Na szczęście przetrwałam bez bólu brzucha i rozwolnienia. Zwycięstwo.Untitled
Untitled
Zamiast 18h podróży do Puerto Escondido, wybrałam godzinny lot, niewiele droższy od biletu autobusowego. Ulga.

You Might Also Like