Podróże

Motorem na 4800m i widoki północnej Argentyny

Październik 4, 2017

Po ponad tygodniu spędzonym na Atakamie, cieszyliśmy się na zmianę otoczenia i kolejny etap podróży. Tym razem jednak wiązało się to z małym wyzwaniem, bo w dniu kiedy opuszczaliśmy San Pedro de Atacama mieliśmy wjechać motorem w ciągu godziny z 2400m na 4800m! Nie wiedzialiśmy jak zareagują na tę wysokość nasze organizmy oraz motor.
Każde przekroczenie granicy w tych stronach wiązało się z pokonaniem dużych wysokości. Naszym celem była Boliwia i chociaż istniała opcja znacznie krótszej podróży do Boliwii, była to droga po części piaskowa, której pokonanie we dwójkę na motorze z naszą ilością bagażu byłoby prawie niemożliwe. Wybraliśmy przejazd przez Argentynę, który wiązał się co prawda z dodatkowymi 500km, ale i przewagą asfaltowej drogi.

Góry, które mieliśmy przekroczyć były wprost przed nami – z San Pedro krótki odcinek prowadził po płaskim terenie, po czym zaczął się wjazd i tak już jechaliśmy pod górę aż znaleźliśmy się niemalże na pięciu tysiącach metrów. Siedząc z tyłu w lekkim napięciu wyczekiwałam oznak zmiany wysokości, ale w zasadzie jedyne co zauważyłam, to cieńsze powietrze przy braniu głębokiego oddechu. Benjamin jako kierowca odczuwał wszystko bardziej, bo prowadzenie motoru wymagało od niego pewnego wysiłku fizycznego. Kiedy czuł, że słabnie robiliśmy krótkie przerwy, żeby na chwilę odpoczął i jechaliśmy dalej. Przy przerwach dało się też odczuć, że wsiadanie i schodzenie z motoru stało się dla nas nagle pewnym wysiłkiem, a nie tylko czynnością, której nie przykłada się żadnej uwagi. Będąc już na wysokości powyżej 4500m czuliśmy się jednak bardzo dobrze, bez jakichkolwiek oznak choroby wysokościowej i podobne wrażenie sprawiał również nasz motor, pomijając nieco większe ociąganie.

Największą niedogodnością wysokości było zimno. Kilkustopniowa temperatura najbardziej dawała się we znaki Benjaminowi, który motor kierował w poliestrowych rękawiczkach do chodzenia po górach, a na przeprawę przez góry dostał w prezencie od innego motocyklisty rękawice budowlane, które nałożył jako drugą parę. Pomogły, ale mimo wszystko kiedy dojechaliśmy do granicy z Argentyną jego dłonie wyglądały na pół martwe i przez 15min próbowaliśmy je rozgrzać je do pokojowej temperatury.
Droga tego dnia okrutnie nam się dłużyła. Po kilku godzinach nieustannej jazdy nadal otaczała nas nicość, zimny wiatr hulał, o stacjach benzynowych nie było co marzyć, a po kilku godzinach wysokość wcale nie spadała poniżej 4 tysięcy metrów. I kiedy słońce było już nisko zaczęliśmy się poważnie martwić gdzie i jak wysoko będziemy spać tej nocy i czy w ogóle dociągniemy do następnej stacji, żeby kupić paliwo. Wtedy dopadł też Benjamina jeden z tych momentów zrezygnowania, kiedy miał już serdecznie dość jazdy i był gotów pozbyć się motoru w tej samej minucie.
Chociaż podróż kontynuowaliśmy jeszcze dość długo po zachodzie słońca, nie udało nam się znacznie obniżyć wysokości. Kiedy było już naprawdę ciemno, odbiliśmy końcu kilkanaście metrów od głównej drogi na pustynię i rozbiliśmy namiot na 3500m. Przed spaniem ugotowałam jeszcze zupę, a potem już tylko zastanawialiśmy się jak zimno będzie w nocy. Benjamin ze swoim nieco cieńszym śpiworem położył się spać w kilku warstwach ubrań, ja spałam w t-shircie i majtkach wiedząc, że mój śpiwór utrzyma ciepło przy kilku stopniach na minusie. Temperatura rzeczywiście spadła poniżej zera, bo obudziliśmy się w nieco oblodzonym namiocie, ale już poranne światło miało wystarczającą siłę, żeby w krótkim czasie mroźny poranek odmienić w przyjemny.

Byliśmy w argentyńskim regionie Salta, przed sobą mieliśmy Jujuy, ale nie sprawdziliśmy ich wcześniej pod względem turystycznym skupiając się na tym, żeby dotrzeć do Boliwii. Dzięki temu odcinek 300- 400km i nasz ostatni dzień w Argentynie był jedną z lepszych niespodzianek tej podróży pod wzgłędem widoków!

Czy to zdjęcie wygląda jakby zostało zrobione na prawie 5000 m.n.p.m.? Absolutnie, równie dobrze obok mógłby być ocean.Zerowy ruch, czyli w sam raz żeby usiąść na środku drogi i w końcu zrobić sobie jakieś wspólne zdjęcie.

Stacja benzynowa w okolicach wioski Susques pojawiła się akurat w momencie, kiedy już bardzo jej potrzebowaliśmy.   Tego dnia jadąc od rana do wieczora minęliśmy na drodze zaledwie kilkanaście pojazdów.
Po zachodnie słońca trafiliśmy do Salinas Grandes, znanego w tej części kraju solniska o wielkości 525km2, które nie robi jednak tak dużego wrażenia jak Salar de Uyuni w Bolowii. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie rzemeślnicy wyrabiają rzeźby z soli, rozważając nocleg w tym miejscu, bo nikogo tam nie było, ale ostatecznie pojechaliśmy dalej.


Różnica w gotowaniu na takiej wysokości? Przez niskie ciśnienie woda zaczyna wrzeć w ok 80’C więc gotowanie makaronu czy ryżu zajmuje znacznie więcej czasu, na szczęście na ten dzień zaplanowałam tylko dyniową zupę w proszku.
Poranek na 3500m. Przez noc wysokość w żaden sposób nie dała nam się we znaki, jedyne co odczuwaliśmy, to przyspieszony oddech przy prostych czynnościach.


Na tym etapie nasz motor na liczniku wskazał 70 000km. Trochę mu się nazbierało z kilku podróży!


Widoki stawały się coraz lepsze aż w końcu naprawdę opadły nam szczęki.


 
Dzięki temu, że byłam totalnie ściśnięta na tylnym siedzeniu, zawsze siedziałam prosto i nigdy nie miałam problemów z bólem kręgosłupa, haha! Cała droga (nr 52) idealnie nadawała się na jazdę motorem.
Olbrzymie kaktusy – jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tej części kraju.
Kolejną niespodzianką na trasie były kolorowe góry. Najpierw miałam wrażenie, że tylko mi się wydaje, ale im bliżej, tym niebiesko-zielone, kremowe, bordowe barwy były coraz wyraźniejsze.

Dolina Quebrada de Humahuaca w prowincji Jujuy i okolice miasteczka Purmamarca.


Zatrzymaliśmy się w miejscowości Tilcara, żeby pozbyć się reszty argentyńskich pesos, bo wymiana tej waluty nie miała najmniejszego sensu. Jeżeli chcielibyście zwiedzić te strony, to Tilcara dobrze nadaje się na bazę wypadową, zapewniając dużą ilość miejsc noclegowych, połączeń autobusowych, kawiarni, restauracji czy sklepów z lokalnymi wyrobami.


Obiad rozpoczęty od empanadas.
Zamówiłam kotlety z komosy ryżowej, którą uprawia się w tych stronach. Dostałam niezwykle nudne i suche danie, ale w lodówce znaleźliśmy za to dinozaura – 1.5L Colę w szklanej butelce.

Benjamin spróbował kotleta z lamy, nie różnił się znacznie od wieprzowiny.
Za ostatnie pesos poszliśmy na kawę i tartę kokosową na dulce de leche.

Z podróży mamy tylko jedno zdjęcie na motorze zrobione przez osobę, a nie autowyzwalacz i oczywiście musiałam akurat zamknąć oczy!

Kształty, warstwy <3

Pomnik lamy w małym argentyńskim miasteczku rozbroił nas.
Zdjęcie z żywą lamą swoją drogą, ale któż nie chciałby zdjęcia z jej pomnikiem? Granica z Boliwią i tablica na powitanie wjeżdżających do Argentyny. Fajnie było na nią spojrzeć, bo chociaż nie dotarliśmy do Ushuaii, kilometrażowo mieliśmy za sobą nawet więcej. A przed sobą podróż przez Boliwię!

You Might Also Like