Menu
Historie / Przemyślenia / Życie

O pracy nad sobą i pomocy, która trafiła do mnie przez bloga

 

Jaki nie byłby ten blog, zawsze zależało mi, żeby nie był całkowicie oderwany od życia, bo to sprawia, że strona staje się być może wartościowa pod względem wyszukiwanych informacji, ale nie ma w niej miejsca na nawiązanie z Wami bliższej relacji, co w tym całym blogowaniu mocno cenię.
Tym co cenię jeszcze bardziej, bo wykracza również poza internet, jest autentyczność. W związku z tym staram się nie ściemniać, niezależnie o jaki temat chodzi, a już tym bardziej, kiedy chodzi o życie.
Nigdy nie chciałam, żeby czytelnik myślał, że jestem szczęśliwa, kiedy nie byłam. Jeżeli dostawałam komentarze mówiące o tym, jaka muszę być szczęśliwa, bo uśmiecham się na zdjęciu, prostowałam, że nie jestem. Uśmiecham się do zdjęć praktycznie zawsze, bo żadna inna mina w moim przypadku nie przechodzi. Zresztą nie przesadzajmy, ludzie nieszczęśliwi nie chodzą ciągle ze spuszczoną głową, też się uśmiechają, ale fakt, że stać ich na uśmiech nie odzwierciedla to jednoznacznie co dzieje się w ich wnętrzu.

Od czasu do czasu, najczęściej przy podsumowaniach noworocznych, dawałam w ostatnich latach znać, że psychicznie nie jest mi łatwo. Patrząc obiektywnie nie było to najlepsze posunięcie, bo stojącym z boku ciężko zrozumieć, że można wieść życie, jakie pokazuję na blogu (z naciskiem na “pokazuję na blogu”), a przy tym być nieszczęśliwym. Zdawałam sobie sprawę, że spotkam się z głosami niezrozumienia (choć zawsze były w znakomitej mniejszości). Wiedziałam też jednak, że mam prawo podzielić się dokładnie tym co czuję i że nie muszę kończyć optymistycznym akcentem, bo na to liczyłby każdy. Chciałam pokazać, że takie bywa życie i tyle, że są ludzie myślący o swoim życiu w bardzo negatywny sposób, nawet jeżeli Ty jesteś w innym miejscu.
Lubimy czytać o cudownych przemianach i happy endach, ale zapominamy, że to wszystko gdzieś się zaczyna i najczęściej nie jest wtedy kolorowe.

 

Kroki ostatnich miesięcy

Po tych kilku słabych psychicznie latach, w tym roku pisząc noworoczne podsumowanie mogłam wreszcie zawrzeć w nim coś pozytywnego. Widziałam, że się zmieniam, czułam się tak dobrze jak nie czułam się chyba nigdy, ale mimo wszystko wolałabym być ostrożna w słowach. Niektórzy z Was odczytali więc posta bardzo pozytywnie, dla innych był to wciąż znak, że potrzebuję pomocy. Troski i pomocy w życiu nigdy nie za wiele, więc dziękuję za wszystkie reakcje i wiadomości.

Po tym poście odbyłam rozmowę z kolegą, który właśnie kończył dłuższą terapię. Powiedział mi coś ważnego, co być może przeważyło na mojej późniejszej decyzji o podjęciu wyzwania. Wspominał, że moje obecne dobre samopoczucie jest dobrym momentem na naukę utrwalania tego sposobu myślenia i wypracowania mechanizmów zapobiegania stanów depresyjnych.
W końcu nie wiem, kiedy życie będzie próbowało zwalić mnie z nóg i nie wiem czy będę mogła je unieść, bo mój mózg wróci do starych utartych schematów działania. W depresji jakakolwiek próba podjęcia walki ze swoim mózgiem kończyła się dla mnie przegraną i wtedy na pewno nie byłabym w stanie nic zdziałać.

Terapię planowałam od lat, ale zawsze była powyżej moich finansowych możliwości. W Polsce mogłabym jeszcze sobie na nią pozwolić, ale nie mieszkam tam od lat, a zmienianie co chwilę miejsca zamieszkania też na pewno w tym nie pomagało.
Finanse nigdy nie powinny stać na drodze do zdrowia, ale też niestety w przypadku zdrowia psychicznego, pomoc nie jest tak szeroko dostępna jak w przypadku chorób fizycznych. Z drugiej strony, nigdy nie powinniśmy przeliczać dobrego stanu psychicznego na pieniądze (albo bilety lotnicze), bo od tego zależy nasze życie, a jak wiadomo mamy tylko jedno. Mimo wszystko, z terapią nie jest jak z przyjmowaniem leków przeciwbólowych – nie możesz być 99% pewny, że ci pomoże. Ile będziesz w stanie z niej wyciągnąć, zależy najwięcej od ciebie i twojej chęci i gotowości do zmiany. I to jest ten hak, który myślę, że wielu powstrzymuje od zgłoszenia się po pomoc.
Kiedy zdajemy sobie sprawę, że najwięcej jest w naszych rękach, nie jesteśmy pewni swojej siły, psychicznych możliwości i nie mamy gwarancji sukcesu, boimy się podjąć ryzyko.

Kiedy pomoc zapukała do drzwi

Może tydzień po opublikowaniu posta otrzymałam maila z pozdrowieniami z Londynu. To był e-mail od Ewy Kubín, która zawodowo zajmuje się coachingiem. Okazało się, że jedna z moich czytelniczek mieszkająca w Chinach pomyślała, że Ewa mogłaby mi pomóc, napisała więc do niej i poprosiła, żeby odezwała się do mnie. Czy to nie jest niesamowite, że ktoś kogo nie znam postanowił zatroszczyć się o mnie jak o najbliższą przyjaciółkę? Mnie opadła trochę szczęka.

Różnie możecie zareagować na hasło “coaching”, bo w ostatnich latach pojawiło się na ten temat dużo negatywnego PRu. Jak dla mnie każdy zawód można wykonywać zarówno dobrze, średnio jak i słabo. Nigdy nie będzie tak, że zaufać można wszystkim, niezależnie ile ktoś ma tytułów przed nazwiskiem lub wcale. Nie wrzucam też psychologa, psychiatry, terapeuty, coacha do jednego worka. Każda z tych profesji zajmuje się czymś innym i ważne jest ich rozróżnianie szukając pomocy.

Ewa przesłała mi w swojej pierwszej wiadomości link do swojej strony, mogłam więc przeczytać z kim mam do czynienia. Po pozytywnym pierwszym wrażeniu, zapoznaniu się z życiorysem i edukacją Ewy, stwierdziłam, że w żadnym wypadku nie mam nic do stracenia. Jeżeli pomoc puka do moich drzwi, to nie mogę odesłać jej z kwitkiem. Tym bardziej, że rozmowa przez Skype w mojej sytuacji to idealne rozwiązanie, a do tego po polsku, więc z największą swobodą wyrażenia własnych uczuć i myśli.
W naszych rozmowach skupiłyśmy się przede wszystkim na projekcie nad którym obecnie pracuję, motywacją, metodą działań i jak w ogóle zacząć realizować pomysł który siedzi we mnie od dłuższego czasu. To wszystko nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie zerknięcie do podstaw i tego co siedzi wewnątrz mnie i niekoniecznie mi w życiu pomaga.

Misja samoakceptacja

Jeden z moich największy problemów jest dobrze znany niejednej z Was. Nie lubię (nie lubiłam?) siebie. Zawsze miałam problem z samoakceptacją, całe życie surowo się oceniałam, karałam, mówiłam sobie, że jestem beznadziejna i nie potrafiłam sobie wybaczać.
Teraz powinno nastąpić wytłumaczenie, że ktoś z moich rodziców powtarzał mi, że jestem niewystarczająco dobra, ładna, mądra i stąd wziął się mój problem. Czy to nie zdarza się dość często w rodzinach? Zdarza, ale nie u mnie w domu. Moi rodzice od zawsze mnie wspierali, kochali, powtarzali, że jestem mądra, ładna, nie porównywali do innych i we mnie wierzyli. No więc skąd ubzdurało mi się w głowie, że jest dokładnie na odwrót? Że jestem beznadziejnym człowiekiem, który nie powinien się urodzić? Pytam siebie sama, ale nie mam jednej jasnej odpowiedzi. Nie ma to też tak naprawdę większego znaczenia. Ważniejsze, żeby zdać sobie sprawę jak bardzo ten sposób myślenia jest destrukcyjny. Bez wątpienia przeszkadzał mi przez całe życie i czas przestać w ten sposób myśleć.

Proces pracy nad sobą

W pierwszej rozmowie, po wybadaniu terenu przez Ewę nie mogło skończyć się inaczej, zeszłyśmy na temat samoakceptacji i polały się łzy. Dostałam też zadanie domowe do rozpoczęcia jeszcze tego samego wieczoru. Możecie wierzyć lub nie, ale nie spodziewałam się, że powiedzenie kilku rzeczy do osoby w lustrze i przebaczenie jej pewnych błędów może przynieść tak bardzo oczyszczający efekt. Tak jak tamtego wieczoru czułam się do tej pory tylko raz w życiu. Poszłam spać dużo lżejsza i od tamtego dnia staram się mówić sobie częściej miłe rzeczy i reagować na popełniane błędy inaczej niż do tej pory.

Pracę nad sobą i proces bycia dla siebie lepszą rozpoczęłam w zasadzie kilka miesięcy wcześniej. Kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu wszystko zaczęło się lepiej układać, stało się to nagle łatwiejsze. W pracy nad sobą pomogło mi m.in. skupienie się na jodze bardziej od wewnętrznej strony, nauka medytacji, czytanie na tematy powiązane z ego, lepszym traktowaniem siebie, realizowaniem celów i wszystkim dookoła. Nie pomyślałabym wtedy jednak, że mam do przebaczenia i odpuszczenia kilka ważnych spraw, które trzymają mnie w tyle i że choćby rozmowa z własnym odbiciem może być czymś ważnym.

Mam za sobą 7 sesji z Ewą, realizowanych po jednej raz na dwa tygodnie. Każda była dla mnie w jakiś sposób rozwijająca, motywująca i dająca do myślenia. W projekcie za który nie mogłam się zabrać przez 5 miesięcy zrobiłam nagle spory postęp i trzymałam się progresu jak rzadko kiedy. Ewa okazała się świetną, mądrą kobietą, od samego początku czułam się jakbym rozmawiała z dobrą koleżanką, tylko taką niezwykle wnikliwie słuchającą i zadającą właściwe pytania.

Pewnie, że takich rzeczy jak samoakceptacja, wiara we własne możliwości nie da się zmienić z dnia na dzień. Skoro przez 20-25 lat powtarzałam sobie najgorsze rzeczy, momentami ziałam do siebie nienawiścią, to mój mózg nie zmieni zdania na temat mojej osoby w miesiąc. Polubienie siebie, bycia dla siebie łagodnym i umiejętność wybaczania sobie, to długi proces, ale pierwsze efekty zaczyna widzieć się dość szybko, a ich magiczne działanie motywuje do dalszej walki o siebie.

Daj sobie pomóc

Wszystko co chcę przez ten post powiedzieć, to żebyście pozwolili sobie pomóc, jeżeli czujecie, że sami nie dajecie sobie rady.  Żebyście uwierzyli, że może być lepiej niż jest i że warto spróbować wszystkiego, żeby to zmienić. I mam tu na myśli całą gamę mniejszych lub większych problemów ze sobą. Zarówno tych z dzieciństwa, które przerzuciły się na Waszą dorosłość, jak i takich, gdzie macie jakieś cele, marzenia, ale nie możecie się zmotywować do działania. Zasługujecie, żeby ktoś wysłuchał Waszą historię i pomógł pokierować Waszym życiem we właściwym kierunku. Nie wskazuję gdzie i do kogo koniecznie powinniście się zgłosić bo to bardzo indywidualna sprawa. Sama wiem, że w ciągu ostatnich lat, na różnych etapach potrzebowałam innej pomocy, tylko niestety najczęściej nie wybierałam żadnej.

Szkoda czasu na zmaganie się z tym wszystkim samemu, jeżeli nie widzimy wyjścia. Ja zmarnowałam go bardzo dużo i dopiero w minionym roku spróbowałam coś z tym zrobić. Już teraz jestem w zupełnie innym miejscu niż jeszcze chociażby w sierpniu zeszłego roku (a to tylko 9 miesięcy) i jeżeli nie zmienię kierunku, to może za kilka miesięcy będę znowu pozytywnie sobą zaskoczona.

Tak naprawdę każdy z nas w którymś momencie życia potrzebuje pomocy specjalisty, tylko rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, albo rzadko podejmujemy decyzję o sięgnięciu po nią, bo to wciąż temat tabu w naszym świecie.
Wiem, że tego posta czytają osoby tak zagubione jak chwilę temu ja, bo dostałam wiele wiadomości z tym sygnałem i czasami pękało mi serce czytając je. Bo ciężko być obojętnym, kiedy czytasz, że ktoś starszy od ciebie zupełnie nie może ułożyć sobie życia, bo od lat zmaga się z depresją. Albo kiedy słyszysz, że 19 letnia dziewczyna przechodzi przez podobne problemy, przez które przechodziłaś w jej wieku i przypominasz sobie jak się wtedy męczyłaś i ile energii kosztowało cię, żeby dojść do miejsca w którym jesteś teraz…
Szukając pomocy nie zawsze trafi się na właściwą osobę od razu, nie zawsze będzie to trwała pomoc, ale trzeba próbować do skutku. Tym skutkiem jest moment w którym wszystko zaczyna nabierać lepszych kolorów, myślisz o sobie lepiej, pojawiają się nowe możliwości, te same problemy przybierają mniejszych rozmiarów, a życie staje się jakby prostsze.

 

P.S. A gdyby kogoś zirytowało, że może za dobrze sobie radzę, daję znać, że posta skończyłam pisać wczoraj rano, a popołudniu, kiedy przyszłam do pracy dowiedziałam się, że wraz z końcem tego miesiąca zostaję zwolniona (z pracy, którą lubię). Do niedawna moją reakcją na tę sytuację byłyby myśli o tym, że to musiało się tak skończyć, bo przecież jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję, life sucks i miałabym przed oczami wizję wszystkich problemów jakie w związku z tym mnie czekają.
A wczoraj? Owszem polało się kilka łez, było mi smutno przez kolejne 3h, ale też nie czułam do nikogo żalu i złości, nie byłam zawiedziona sobą i życiem. Na ten koniec postanowiłam spojrzeć jak na nową szansę.