Menu
Rozrywka / Życie

Prasa kulinarna i Magazyn Smak.

Nie da się ukryć, że rozkręca się w Polsce moda na jedzenie. Widać to po tym, co serwuje nam telewizja, co dzieje się w  internecie i gastronomii. Organizowane są festiwale jedzenia, warsztaty kulinarne, zachęca się do zdrowego odżywiania, w inny sposób niż kiedyś. Nowe lokale w stolicy wyskakują jak grzyby po deszczu, próbując nadążyć za zmieniającymi się trendami. Niedawno wszyscy jedli sushi, był szał na cupcakes, ostatnio na fali są burgery. Lokale szybko zyskują fanów oraz opnię tych, w których warto bywać i często w podobnym tempie tracą popularność. Jedni zgapiają pomysły od drugich i zamiast kilku dobrych miejsc, tworzy się mnóstwo przeciętnych. Albo co gorsze, efekt masowego kopiowania świetnego pomysłu, odbiera urok oryginałowi. We wrześniu przeczytałam na stronie NaTemat dobry wywiad z Agatą Wojdą, szefową kuchni w restauracji Opasły Tom, która miała do powiedzenia kilka ciekawych rzeczy na podobny temat.

Nie ma się też co ukrywać, że poza Warszawą i ewentualnie kilkoma innymi większymi miast, niewiele się w temacie kulinarnym dzieje. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Polski, mam wrażenie, że przybyło nowych bud z kebabem. Aż ciśnie się na język ubolewnie z powodu kebabu jako narodowego polskiego fast foodu, ale pominę ten temat i zahaczę o blogi.
O popularności tych kulinarnych nie trzeba nikomu mówić, bo dzisiaj jest to jedno z głównych źródeł czerpania przez nas przepisów. W ostatnim roku  zauważyłam z kolei szczególną popularyzację stron i facebookowych fan page’ów poświęconych jedzeniu, ale od innej strony niż ta, spotykana zazwyczaj na blogach kulinarnych. Autorami niekoniecznie są osoby lubiące/umiejące gotować, a jednak nie ujmuje to ich zamiłowaniu do jedzenia. Wolą jadać na mieście, więc zamiast przepisów umieszczają recenzje restauracji, można dowiedzieć się z ich stron o otwarciu nowych lokali albo na jakie imprezy kulinarne warto się wybrać. Nie brakuje zdjęć a czasami linków do przepisów z innych źródeł.

Podobnie jak w przypadku stron, blogów, programów kulinarnych, można też było się spodziewać zmian w prasie kulinarnej. Dostępne do tej pory tytuły prezentowały się wyjątkowo słabo w porównaniu z ilością magazynów o innej tematyce. Weźmy pod lupę chociażby modę,  która od dawna ma swoje Elle, Twój Styl, Panią, Glamour i wiele innych. W dziale kuchni odkąd pamiętam znajdowały się pisma, utożsamiające zainteresowanie kulinarne z paniami 50+, wpasowującymi się w stary obraz gospodyni domowej. Magazyn Kuchnia różnił się oczywiście od Poradnika Domowego, ale ilekroć miałam go w rękach, zdjęcia i stylizacje dań nie powalały, a przepisy nie zainteresowały na tyle, żebym miała ochotę wracać z nowym numerem do domu.
Dwa lata temu powstał magazyn Food & Friends, polska edycja szwedzkiego magazynu kulinarno-lifestylowego. Wydawało mi się wtedy, że będzie to moment w którym nastąpi jakaś zmiana w prasie kulinarnej. I rzeczywiście pojawiło się coś nowego, tylko nie w kierunku, którego oczekiwałam. Magazyn skierowany jest do garstki ludzi, których stać na stołowanie się w najdroższych restauracjach i zakupy w sklepach podobnej rangi. Wyszukane przepisy z drogimi i trudnymi do zdobycia składnikami mało kogo zachęcają do przyrządzenia dań w domu. Potrawy wystylizowane w ekskluzywnym stylu, sfotografowane w sztucznym świetle też bardziej przypominają katalog skierowany do skandynawskiego restauratora niż czytelnika, który chciałby odtworzyć dania we własnej kuchni.

W 2010 z radością obserwowałam narodziny amerykańskiego magazynu Kinfolk. Stworzyła go grupa artystów nie tylko ze Stanów, ale też kilku innych zakątków świata, w tym blogerów i fotografów, których śledzę od kilku lat. Pierwszy numer dostępny był online, później pojawił się w drukowanej wersji. Kinfolk powstał z zamiłowania autorów do spotkań przy stole w gronie znajomych. Zachęca do zwolnienia tempa, docenienia drobnych rzeczy jak proste i zdrowe jedzenie. Szata graficzna, zdjęcia są na najwyższym poziomie, a estetyka idealnie mieści się w określeniu “rustic wooden table-ism”. Nie ma w nim reklam, jest za to mnóstwo pasji i wspaniałego zmysłu artystycznego.

Czułam, że prędzej czy później magazyn podobny do Kinfolk powstanie również w Polsce. I tydzień temu faktycznie się pojawił, pod nazwą Magazyn Smak. Już czytając wstęp poczułam się jakby słowa były skierowany wprost do mnie i od razu nabrałam ogromnego apetytu na całą resztę. A na 142 stronach jest co czytać. Nie brakuje rozmów z ludźmi z kraju i zagranicy, związanymi w różny sposób ze światem kulinarnym, których nazwisk może wcześniej nie znaliście, ale którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. Są felietony, wrażenia z kulinarnych podróży, tematy związane z designem, nawiązania do polskiej tradycji, recenzje restauracji. Wśród przepisów jest wiele takich, które sama chętnie bym wypróbowała. Duży plus za matowy papier, niewielką ilość reklam i dopracowane szczegóły od doboru czcionki, po rozmieszczenie małych zdjęć. No właśnie, zdjęciom też ciężko cokolwiek zarzucić, bo potrawy stylizowane i fotografowane są wedle aktualnych trendów, nie brakuje ciemnego tła, przyciemnionego i naturalnego światła. Na okładce znalazło się zdjęcie w ciepłym świetle zachodzącego słońca, wewnątrz jest reszta sesji, z letniej kolacji na dachu.
Jeżeli miałabym się koniecznie do czegoś przyczepić, to uderzające podobieństwo do Kinfolka.   Kolacja na dachu przystrojnym kolorowymi lampkami…takiemu obrazkowi znacznie bliżej do Brooklynu niż Warszawy. Z drugiej strony jednak, to oczywiste, że trendy płyną do nas przede wszystkim z Zachodu i niemalże każda moda przychodzi zza oceanu, ale chyba już zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić.
Cena magazynu to 22zł, ale trzeba tu zaznaczyć, że ukazywać się będzie cztery razy w roku.

Na koniec chciałam jeszcze tylko wspomnieć w kilku zdaniach o Monitor Magazine. Pewnie nie zauważyłabym jego pojawienia się na rynku, gdyby nie współpraca przy drugim numerze z Elizą Mórawską, autorką bloga White Plate. Już na zdjęciu okładki zauważyłam kilka dobrze zapowiadających się tytułów i byłam bardzo ciekawa tego, co znalazło się w środku. Magazyn określa się jako biznesowo-lifestyle’owy, pierwszy tego typu dwujęzyczny (choć ta angielska chowa się na ostatnich stronach) i chyba bliżej mu do stylu życia niż biznesu, co jak dla mnie jest plusem. Nie wiem czy to kwestia tylko tego numeru, ale znalazłam w nim dużo dobrych, interesujących mnie artykułów. Wywiad ze Schottem Schumanem, Toddem Selby, nowojorski felieton Filipa Niedenthala, rozmowa z twórcami Baked i zdjęcia z hotelu Wythe Hotel pozwoliły powrócić na chwilę do NYC. Dodatek White Plate, którego Liska będzie teraz redaktor naczelną, zrobił na mnie równie pozytywne wrażenie. Mam nadzieję, że pismo utrzyma poziom.