Podróże

Przewodnik po marokańskim wybrzeżu

Styczeń 3, 2019

Końcówkę listopada i początek grudnia spędziłam w Maroku. Kilka lat temu odwiedziłam północną część kraju, tym razem w planie miałam przede wszystkim surfing. Padło więc na okolice Thagazout, marokańską stolicę surfingu. Spędziłam w tamtych stronach kilka dni, a później dołączył do mnie Benjamin i razem ruszyliśmy na północ odkryć jeszcze piękniejsze tereny.
Zapraszam Was więc na przewodnik po marokańskim wybrzeżu od Agadiru po Essaouirę!

To już ostatni post w serii współpracy z marką Corona Extra

 

AGADIR

Agadir nie jest tradycyjnym, marokańskim miastem. Odbudowane po trzęsieniu ziemi w latach 60-tych, powróciło w całkiem nowoczesnym obliczu. Ponad 350 słonecznych dni w roku i międzynarodowe lotnisko sprawiają, że Agadir stał się popularnym wczasowym kierunkiem. Znajduje się tu sporo hoteli i zlokalizowanych przy plaży kurortów, wybieranych przez europejskich turystów na swój urlop.

Jeżeli nie jesteście zwolennikami turystyki zorganizowanej, nie polecam Agadiru jako wakacyjnej destynacji. Najlepiej od razu ruszyć dalej na północ lub południe – choć tam mnie jeszcze nie było. A gdzie dokładniej, to już zależy przede wszystkim od Waszych oczekiwań względem tego, jak  chcecie spędzić czas w Maroku. Opisane poniższe miejsca na północ od Agadiru mogą Wam pomóc w podjęciu decyzji.

TAMRAGHT

Większość mojego pobytu w Maroku spędziłam w Tamraght. Plan miałam bardzo prosty – zatrzymać się w jakimś przyjemnym hostelu i skupić się na surfowaniu.
Tamraght jest pierwszą miejscowością (jadąc od Agadiru) zatoki Thagazout, najbardziej znanej surferskiej lokalizacji w Maroku. Sama zatoka przechodzi obecnie sporą metamorfozę. Ze względu na rosnącą popularność, na całej długości plaży pojawiło się wiele nowych inwestycji co niestety mocno psuje obecnie krajobraz wzdłuż plaży.
Tamraght jest niewielką miejscowością, gdzie niewiele się dzieje, a życie toczy się powoli. Na miejscu znajdziecie garstkę opcji noclegowych i gastronomicznych. Poza surfingiem nie ma tu też zbyt wielu atrakcji czy miejsc do zobaczenia. A jednak, jak w przypadku wielu lokalizacji związanych z surfingiem, bardzo przyjemnie płynie tutaj czas. Najwięcej dzieje się też przy plaży i surferskich miejscówkach. Nie są to jednak wyjątkowe urokliwe plaże – smuci przede wszystkim ich stopień zaśmiecenia. Niemal każdego dnia wraz z przypływem ocean wypluwa nową porcję mikro śmieci. Nie widać ich szczególnie w wodzie, ale na plaży już tak.

 

The Lunar Surfhouse

Według jednego z rankingów uznany najlepszym hostelem w Maroku na podstawie ocen gości. The Lunar Surfhouse, to hostel o wyluzowanym charakterze, cieszący się szczególnie dużą popularnością wśród backpackerów planujących na miejscu surfing.
Nie wygrywa może pierwszym wrażeniem, ale za to zyskuje bardzo przy bliższym poznaniu. Zjecie tutaj prawdopodobnie najlepsze śniadanie, jakie zdarzyło Wam się zjeść w hostelu – wliczone w koszt noclegu (ceny zaczynają się od 13/14). Jogurt z owocami i mussli, naleśniki msemen, dżemy, jajka po berberyjsku, jajecznica w marokańskim stylu, oliwki, harissa, domowej roboty amlou. Wszystko w takiej ilości, że nikt nie odejdzie głodny od stołu. Lunar oferuje też grupowe kolacje (za małą dopłatą), składające się głównie z dań wegetariańskich i ewentualnie ryb/owoców morza. W przypadku kolacji jedzenie jest równie pyszne, a ilość jak najbardziej warta ceny.
Pokoje i łazienki zaliczyłabym do przeciętnych, ale za to hostel wyróżnia się świetną przestrzenią wspólną. W dużym stopniu odpowiada za dobrą atmosferę tego miejsca, bo tutaj wszyscy się integrują. Jest częściowo zadaszona, a częściowo otwarta i zajmuje sporą powierzchnię dachu. Wieczorami pracownicy i zaprzyjaźniona ekipa hostelu rozpala zazwyczaj ognisko i siada do grania na lokalnych instrumentach i śpiewania. Poranki i wieczory w Lunar są naprawdę super! Hostel oferuje też tanie wypożyczenie deski surfingowej i pianką gratis.

 
Po prawej domowej roboty amlou – pasta z migdałów, miodu i oleju arganowego.


Jajka po berbeyjsku przypominają szakszukę   Msemen – marokańskie naleśniki, bez których śniadanie byłoby niepełne

Babakoul

Jedna z kilku opcji na posiłek w Tamraght popularnych zwłaszcza wśród backpackerów. Kuchnia serwuje dania po części marokańskie, po części międzynarodowe. Zjecie tutaj więc tadżin, ale też pizzę (4-6) czy gofry (2-3). Wybrać można się tutaj również na śniadanie – do wyboru są m.in. naleśniki msemen, omlety czy smoothie z granolą.

Le Happy Belly

Lokal tuż obok Babakoul, z prostą kuchnia wegetariańską z daniami z różnych stronach świata. Żywiłam się przede wszystkim w The Lunar Surfhouse, ale z przejedzenia wpadłam tutaj raz na sałatkę ze spring rollsami, inspirowaną kuchnią wietnamską. Każdy lokal oferujący zdrowe jedzenie mnie cieszy, tym bardziej, że gastronomia w Tamraght istnieje na bardzo małą skalę.

Let’s Be

Hipsterska kawiarnia ozdobiona roślinami w nietypowej jak na takie miejsca okolicy, bo dookoła przeważają marokańskie domy i kilka niedokończonych budynków. Zjeść można tutaj wegetariańskie i wegańskie śniadania, przekąski, dania, słodkości. Ceny są zdecydowanie bardziej europejskie niż marokańskie, ale dla zachodniego turysty wciąż do przeżycia (wszystko mniej więcej do 10). Spróbowałam tutaj tacos, wegańskiego sernika z różą i smoothie, które polecam szczególnie.

PARADISE VALLEY

Jeżeli nabierzecie ochoty na oderwanie się od wybrzeża, Paradise Valley jest jedną z popularniejszy opcji wycieczek w tych stronach. To oaza ulokowana w skalistej dolinie, z naturalnymi basenami, gdzie czas spędzić można wędrując, skacząc do lodowatej wody z różnych wysokości, albo wylegując się na skałach.
Dotarcie tutaj zajmuje zaledwie godzinę, jadąc z Agadiru lub Tamraght. Wejście jest darmowe, drobnej opłaty wymaga jedynie parking, jeżeli przyjeżdża się własnym samochodem. Wędrówka z parkingu do basenów trwa maksymalnie 30min, mijając po drodze sprzedawców napojów i przekąsek, ale też jak w większości miejsc – przypadkowo wyrzucone śmieci.
Wiele hosteli organizuje jednodniowe wycieczki do Paradise Valley, co może być bardzo fajnym pomysłem na spędzenie dnia,, jeżeli macie w hostelu fajną grupę ludzi.

 

THAGAZOUT

Thagazout to rybacka wioska, która w ostatniej dekadzie zmieniła swoje oblicze ze względu na rosnącą popularność surfingu w tych stronach. Przyjeżdżają tutaj zaawansowani surferzy, początkujący amatorzy pływania na desce i backpackerzy szukający słońca i wyluzowanego klimatu.
W całej zatoce powstaje obecnie sporo hoteli i budynków z apartamentami. Plus jest taki, że prace nad nowymi projektami idą bardzo powoli, więc zanim zostaną zakończone minie jeszcze kilka lat.

World of Waves

Wśród hosteli specjalizujących się w ofercie dla backpackerów, w Thagazout znaleźć można również miejsca o wyższym standardzie o nowoczesnych, modnych wnętrzach pasujących do klimatu surfingu marokańskiego wybrzeża. World of Waves jest jednym z takich miejsc. Określa siebie niekoniecznie jako hotel, ale po prostu – surf house. Ceny za pokój ze śniadaniem zaczynają się od 75 przy jednej osobie i 95 przy dwóch. WoW oferuje też pakiety wliczające lekcje surfingu i wypożyczenie sprzętu. Ponadto znajduje się tu restauracja, którą odwiedzić można nie będąc gościem WoW. Między 8 a 10 serwowane jest śniadanie w formie bufetu, a przez resztę, aż do godz. 21, kuchnia proponuje dania kuchni marokańskiej.

Fot World of Waves

Windy Bay Restaurant

Restauracja zlokalizowana tuż nad oceanem, z bardzo przyjemnym tarasem i widokiem na Atlantyk. Podobnie jak w wielu innych restauracjach w okolicy, zjecie tutaj zarówno kuchnię marokańską jak i popularne międzynarodowe dania. Chwalona jest szczególnie pizza.

Cafe Mouja

Jedna z najbardziej lubianych kawiarni Thagazout, o ładnym wnętrzu i prostym, ale zgrabnym menu ze zdrowymi daniami i dostępnymi wegańskimi alternatywami. Kto nie pije kawy z krowim mlekiem, tutaj dostanie roślinne. Ceny są nieco wyższe od przeciętnych marokańskich, ale podobne jak w innych tego typu lokalach.

Amouage by Surf Maroc

Hotel Amouage – butikowy hotel położony nad brzegiem oceanu. Połączył surfing i jogę z odrobiną luksusu, tworząc w ten sposób hotel o cechach charakterystycznych dla hostelu (jak przestrzeń wspólna), ale i hotelu z wysokiej jakości pokojami, SPA, basenem typu infinity, barem itp. Na dachu odbywają się zajęcia jogi, a hotel regularnie organizuje różnego rodzaju eventy. Wykupić można tutaj również pakiet pobytu w hotelu wraz z lekcjami surfingu, dla bardziej zaawansowanych surferów przewodnika po lokalnych spotach, albo kurs instruktora surfingu.
Jak przystało na butikowy hotel, ciężko liczyć na niskie ceny za nocleg, ale zaczynają się od 75€ za osobę w pokoju dwuosobowym. Istnieje też wersja z niższym budżetem za 40€ na pokój 8-osobowy. Nie jest to może typowy cennik hostelowego pokoju, ale standard jest tu oczywiście wyższy + dochodzi możliwość korzystania z udogodnień Amouage.

Fot. Amouage

 

DOUAR ZAOUIA TAFENDA – L’ANE VERT

Ta lokalizacja pojawia się tutaj tylko ze względu na L’ane Vert.  I nawet nie wskazuje tego miejsca dokładnie, ale jego okolicę. L’ane Vert to eco-lodge / hotel położony nad Atlantykiem, na przepięknym, dzikim odcinku wybrzeża. Już samo dotarcie tutaj to przygoda, bo na ostatnich 10 i 20km (jadąc z południa) kończy się asfalt i zaczyna niełatwa szutrowa, która ogranicza do prędkości nie większej niż 20-30km/h. Dlatego też najlepiej dotrzeć tutaj przed zachodem słońca i wynajętym autem, bo transport publiczny tutaj nie istnieje. Z Benjaminem przyjechaliśmy tutaj właśnie w okolicach zachodu słońca i to pora, którą polecam Wam szczególnie na przyjazd, podobnie jak wybranie trasy z południa, a nie północy. Zbieraliśmy z ziemi szczękę jadąc wzdłuż oceanu. Nie spodziewałam się, że zobaczę w Maroku tak piękne wybrzeże – porównywalne do odcinków Big Sur w Kalifornii.

   

L’ane Vert

jest bardzo ciekawym miejscem do zatrzymania się m.in. dlatego, że promuje ideę zrównoważonego rozwoju i dąży do prowadzenia interesu w alternatywny sposób do znakomitej większości hoteli. 100% energii pochodzi z paneli solarnych, 50% ciepłej wody pochodzi z tego samego źródła. Zużyta woda jest przetwarzana do zasilania ogrodu, resztki jedzenia kompostowane, a toalety w większości ekologiczne – suche, wykorzystujące wióry do zasypywania odchodów. W tworzeniu go pomagają zmieniający się wolontariusze oraz lokalni mieszkańcy. L’ane Vert stara się również edukować lokalną społeczność w temacie odpadów. Pomimo tego, że okoliczną wioskę zamieszkuje garstka ludzi, nie ma tu żadnego systemu przetwarzania śmieci, przez co ludzie pozbywają się ich często w przypadkowych miejscach.


Pierwszą noc spędziliśmy w domku, który miał w sobie coś z klimatu Hobbita, ale i przypominał domek działkowy.


Łazienka i naturalne mydło robione przez L’ane Vert. Ze względu na recykling wody, hotel prosi o nieużywanie kosmetyków o chemicznym składzie.


Sucha toaleta i wióry do zasypywania odchodów.


Jedną noc spędziliśmy też w pokoju z widokiem na ocean.


Najlepszy dzień surfingu przytrafił mi się właśnie tam. Były bardzo dobre warunki, garstka osób w wodzie i dłuugie fale do wzięcia.

 

L’ane Vert może pochwalić się  świetną kuchnią, choć wiele zależy od dnia tygodnia i tego, kto gotuje. W weekendy jedzenie jest szczególnie dobre. Do wyboru są zawsze dwa dania główne, mięsne i wegetariańskie lub z rybą, a ponadto przystawka i deser. Na śniadanie też można wybierać między dwiema propozycjami, a w ciągu dnia funkcjonuje menu z wszelkiego rodzaju przekąskami. Ceny są bardzo przyzwoite biorąc pod uwagę charakter miejsca.

SIDI KAOUKI

Nie udało mi się dotrzeć do Sidi Kaouki, ale początkowo planowałam wybrać się tam z Benjaminem. Opis Siki Kaouki jako spokojnego, sennego miasteczka nad oceanem bardzo przypadł mi do gustu. Można tutaj surfować, a ze względu na wiatr nawet lepiej nadaje się do kite i windsurfingu. Sprzęt wypożyczyć można w wiosce, pomóc może też miejsce w którym się zatrzymacie. Mimo wszystko wiele osób przyjeżdża tutaj podobno, żeby nie robić nic – co najwyżej leżeć w hamaku i chłonąć relaksującą atmosferę. Miasteczko zlokalizowane jest zaledwie 30min od Essaouiry, więc może być idealnym miejscem do wyrwania się, jeżeli zmęczycie się chaosem większych miast. A przeglądając na miejscu noclegi, miałam wrażenie, że łatwo znaleźć coś miłego w niewysokiej cenie.

 

ESSAOUIRA

Nadmorska, rybacka miejscowość 2.5 godziny od stolicy kraju Jest zdecydowanie mniej chaotyczna niż Marrakesz. Mówi się, że ludzie są tu przyjemniejsi niż w stolicy i zdecydowanie coś w tym jest. Marrakesz wydaje się być zmęczony turystami, sprzedawcy próbują zrobić cię w balona na każdym kroku i potrafią być dużo bardziej agresywni targując się. Z tego też powodu, oraz niższych cen, Essaouira jest zdecydowanie lepszą opcją na zakup pamiątek. Tutejsza medina jest dość łatwa w nawigowaniu w porównaniu z wieloma innymi, a jej rozmiar nie jest przytłaczający. W medinie panuje też zakaz jazdy motocyklami i skuterami, przez co powietrze w żadnym stopniu nie przypomina nieustannego wdychania spalin jak Marrakeszu. A kiedy będziecie mieć dość wąskich uliczek i korytarzy mediny, zawsze można wyskoczyć na miejską plażą – choć jest niestety zazwyczaj wietrzna, a wody oceanu prędzej nadają się do wind i kitesurfingu niż pływania.

Post powstał we współpracy z Corona Extra, której serdecznie dziękuję za patronat nad serią przewodników w minionym roku!

You Might Also Like