Food

River Rafting and Guinea Pig day.

Kwiecień 14, 2010

Naraziłam się co poniektórym ostatnim postem i jeśli dzisiaj sytuacja się nie powtórzy z tego samego powodu to są szanse, że z innego…
Coś tu ostatnio kontrowersyjnie, choć zdecydowanie niezamierzenie;).


W poniedziałek po 8 wydostaliśmy się z naszego ponurego pokoju, bo z samego rana czekał nas rafting.

Spytaliśmy się człowieka od raftingu, czy gdzieś w okolicy można zjeść szybkie śniadanie i wskazał nam miejsce niemalże na przeciwko.

Świeżo wyciskane soki, o tak!

Klimat miejsca podobał mi się strasznie, czułam się jak na końcu świata:).

A to jeden z najlepszych napojów w moim życiu. Okazało się, że pani miała w ofercie sok z lucumy, owoc pochodzący z Peru, o którym czytałam i bardzo chciałam spróbować. Sok był z dodatkiem mleka, więc powstał z niego w zasadzie shake i był to jeden z najsmaczniejszych w moim życiu!

Pojechaliśmy z ekipą kilka kilometrów (wzdłuż rzeki) na północ od miasta. Zanim zaczęliśmy, wyjaśniono nam zasady bezpieczeństwa.

Co zrobić w razie wpadnięcia do rzeki itd…


Osoba siedząca z tyłu wydawała polecenia typu „wiosłowanie do przodu/do tyłu, stop” i tak to wszystko wyglądało. Było bardzo ciepło, do tego wiosłowanie wymagało sporego wysiłku fizycznego, więc każda chłodna fala była bardzo przyjemnym orzeźwieniem i oczywiście frajdą.

Po jakimś czasie usiedliśmy na przodzie pontonu i było jeszcze fajniej. Zdjęcia moją kamerką zrobiła nam osoba w kajaku bezpieczeństwa.

Na rzece byliśmy ok. 45min. Do wyboru mieliśmy rafting dla początkujących i średniozaawansowanych. Wybraliśmy drugą opcję, ale teraz marzy mi się dołączenie w przyszłości do grupy zaawansowanej, bo musi to być świetna zabawa. Chciałabym też wpaść do rzeki czy zobaczyć jak to jest, kiedy przewraca się ponton. Mam nadzieję, że przekonam się w przyszłości.

A to już w drodze do Limy. Miałam ze sobą jedynie plecak (walizka została w hostelu w Limie) i okazało się, że nie wzięłam szortów na zmianę , a jedyne zostały zmoczone podczas raftingu. Musiałam więc spędzić dzień w piżamowych bokserkach ze Snoopy’m;).

Niektórzy proszą kierowcę tylko o przewiezienie czegoś i tak np. te koszyki jechały na targ.

Znów przejeżdżaliśmy przez Imperial, gdzie w poprzednim wpisie widzieliście zdjęcia z targu.

Collectivo taxi to według mnie świetny środek transportu. Polega to na tym, że taksówkarz rusza kiedy samochód zapełni się ludźmi albo czasami zbiera ich po drodze. Dzięki temu przejazd kosztuje grosze.

Peruwiańskie słodkości opierają się na dulce de leche, czyli skondensowanym mleku/masie krówkowej. Kiedy ja kupowałam przekąski na podróż, Tim czekał na zewnątrz, a kiedy do niego dołączyłam dotarły do nas zapachy jedzenia…

…które zaprowadziły nas do tego miejsca. Restauracja przy dworcu gdzie zmienialiśmy autobus, prowadzona przez panią w średnim wieku (na zdj. wychodzi z kuchni), której pomagał chyba syn lub wnuk.

Menu było jedno, ale że nawet to które było wywieszone było nieaktualne, to postanowiliśmy dać się zaskoczyć.

Po zobaczeniu zupy wiedziałam, że jesteśmy w peruwiańskim odpowiedniku polskiego baru mlecznego. Tradycyjnie, dużo, tanio, co nie zawsze sprzyja jakości;). Talerz pełen zupy (wody), makaronu, z kawałkiem mięsa i kukurydzą. Pamiętam, że zupa miała lekki smak pesto i była w porządku.

No i drugie danie, wołowina z sosem, kawałek jukki, choć jak widzicie 70% talerza to suchy ryż:). W końcu chodzi o to, żeby tanio się najeść;).

Nie wiem czym był ten napój, ale czymś w rodzaju domowego kompotu z owoców, których nie byłam w stanie rozpoznać. Był rewelacyjny. Za obiad (dwie osoby) zapłaciliśmy 9zł i byłam zadowolona, że tam zjedliśmy, bo interesujące było odwiedzenie takiego miejsca.

Raspadilla to lody popularne w wielu miejscach na świecie, kryjące się pod różnymi nazwami. Jest to bryła kruszonego lodu (zamrożonej wody) w kubku, z wybranymi syropami/sosami, nadającymi lodowi smak.

A tu wygląda przeciętny, niewielki spożywczy, czyli podobnie jak w Polsce.

Po powrocie do Limy Tim nie czuł się za dobrze, dopadało go przeziębienie i popołudnie przeleżał w łóżku. Z tego powodu zamiast ruszać w głąb miasta, wieczorem wybraliśmy się do znajdującej się niedaleko hostelu, polecanej przez Lonely Planet restauracji, słynącej z bardzo dobrych dań mięsnych. Już wiedziałam czego spróbuję tej nocy.

Na początek przyniesiono nam ciepły chleb i sosy. Paprykowy, kolejny w stylu salsy pomidorowej i oliwa z pietruszką, ziołami i czosnkiem. Osobiście uwielbiam takie przekąski.

Jedno z tradycyjnych peruwiańskich dań- Cuy, czyli świnka morska. W smaku podobna do kurczaka. Moja kulinarna ciekawość wygrała z resztą argumentów, nawet ze wspomnieniem o mojej nieżyjącej już wiele lat (śwince morskiej) Pegi.
Wiem, jestem okrutna, ale wychodzę też z założenia, że nie można dzielić krajów jedną i tą samą miarą, bo wszędzie są inne zwyczaje. Tak jak w naszej kuchni są dania, które przeraziłyby niejednego obcokrajowca, tak podobnie jest z innymi państwami.
P.S. Spodziewajcie się, że w przyszłości zobaczycie na tym blogu jeszcze drastyczniejsze zdjęcia talerzy;).

W drodze do hostelu weszliśmy do kawiarenki, gdzie skusiłam się na peruwiańskie Tres leches. To biszkopt nasączony trzema rodzajami mleka: śmietanką kremówką, mlekiem skondensowanym słodzonym i niesłodzonym.

You Might Also Like