Podróże

Torres del Paine – wrażenia z trekkingu i przydatne info

March 2, 2017

Jeżeli chodzi o temat górskich wędrówek, to Benjamin jest tym, który planuje co będziemy robić. Ja się za dużo nie wtrącam, po prostu ufam, że wybierze dobrze. Gór mam co prawda pod dostatkiem w Austrii i to bliskości oceanu mi brakuje, ale być w Patagonii i nie skorzystać z tego co oferuje przyroda byłoby trochę głupie. Od początku planowaliśmy więc jednodniowe wycieczki po górach i kilkudniowy trekking. Pod uwagę braliśmy Circuit O w Torres del Paine, Huemul w Patagonii argentyńskiej, a przy dobrych wiatrach oba. Dzisiaj już wiem, że Huemul pominiemy, ale Torres del Paine mamy za sobą i o tym będzie dzisiejszy post.

Co warto wiedzieć przed wizytą w Torres del Paine?

Od października 2016 roku zasady dotyczące odwiedzin w parku uległy dużej zmianie, sprawiając, że spontaniczny trekking stał się praktycznie niemożliwy w realizacji. Park znacznie ograniczył liczbę odwiedzających, wybierających się na dłuższe niż jednodniowe wycieczki i wprowadził system rezerwacji campingów. Powodem jest znaczny wzrost turystów w ostatnim czasie. Słyszałam historię, że rok temu w środku sezonu liczba odwiedzających niemalże potroiła się, któregoś dnia nie wytrzymały tego toalety na jednym z campingów, ścieki trafiły do rzeki, woda zdatna do picia pochodziła z tego samego źródła i sporo osób zatruło się. W ramach zwiększenia bezpieczeństwa i ochrony przyrody, władze zmuszone były wnieść ograniczenia.
Dla odwiedzających oznacza to niemałe utrudnienia w planowaniu podróży, miejsca na campingach znikają szybko, rezerwacji dokonywać trzeba kilka miesięcy wcześniej. Sprawy nie ułatwia fakt, że brak rezerwacji choćby jednego campingów na trasie uniemożliwia przejście całości. Ok, nam się udało przejść całość z jedną rezerwacją zrobioną dzień wcześniej, ale równie dobrze mogło się nie udać, dlatego nie polecam ryzykować.
Najszybciej znikają też niestety najtańsze opcje, niewliczające namiotu i wyżywienia. Kiedy wykupić trzeba opcję full board, a rozłożony namiot czeka na Was na campingu, koszty znacznie wzrastają. Na trasie W można rezerwować też schroniska, ale w tym wypadku koszty znowu rosną. Rezerwacje campingów oferują dwie firmy: Vertice i Fantastico Sur, dokonać można ich tylko przez wymienione strony internetowe. Koszt nocy na campingu to między 5000 a 10 000clp (ok 30-60zł/os). Park pobiera też opłatę za wejście do parku – 18 000clp (ok 115zł) w sezonie (między 1.10 a 30.04) oraz połowę ceny poza sezonem. Z tą jednorazową opłatą można przez trzy dni opuszczać park i do niego wracać, jednak płacąc za wejście trzeba poinformować o tym strażników.
Trekking w Torres del Paine to popularniejsza i krótsza wersja szlakiem W, oraz cała pętla – full circuit lub O. Zdecydowanie większa liczba osób decyduje się na W. Na szlakach O nie mija się nikogo, poza osobami zawróconymi przez strażników, na trasie W spotyka się piesze wycieczki w każdym wieku. Jest to jakiś minus, ale na pewno nie powinien być decydującym powodem w wyborze trekkingu. Najważniejszy czynnik to nastawienie i fizyczne możliwości. Oba trekkingi wymagają ponadprzeciętnej kondycji, przy czym O jest trudniejszy i wymaga większej siły i wytrzymałości. Miłość do gór i bycie dużym optymistą sprawi, że może obejdziecie całość nawet dwa razy ;).

Wrażenia z trekkingu

Poniżej dzielę się z wrażeniami ze szlaku Circuit O, który skróciliśmy do 5dni. Opis może nie zainteresować osób nie mających w planach wizyty w Patagonii, ale przyda się komuś szukającemu wskazówek na ten temat. O fajnych spostrzeżeniach z trasy W i wrażeniach różniących się od moich przeczytacie z kolei na blogu Małgo.
Nie zrobiłam w parku tyle zdjęć, ile możnaby się spodziewać, dlatego część pochodzi też z aparatu Benjamina i mojego telefonu.

Dzień 1

Parking/ Hotel Las Torres  – Camping Serón | 13km | 4h

Już w drodze do parku mieliśmy pecha, bo na godzinę przed dojazdem, po środku niczego złapaliśmy gumę. Po dwóch godzinach naprawy, kilka kilometrów dalej złapaliśmy następną i dopiero po czasie uratowała nas mijająca grupa motocyklistów z Brazylii. Podarowali nam nową dętkę, pomogli ze zmianą koła i pożegnaliśmy się dziękując za ogromną pomoc.
Do parku dotarliśmy na tyle późno, że strażnicy zastanawiali się czy nas wpuścić. Do zachodu słońca zostały trochę ponad 4h, czyli mniej więcej tyle, ile wynosił odcinek do pierwszego campingu.
Mój kręgosłup nie bawi się najlepiej podczas wędrówek, ale chodzenie po górach z 10-12kg plecakiem, to był już kolejny level bólu. Dał o sobie znać przede wszystkim na początku. Ból w kręgosłupie/biodrach w dziwny sposób promieniował na nogi. Po kilku krokach miałam potrzebę krótkiej przerwy. Z każdą godziną było jednak lepiej i pod koniec dnia przyzwyczaiłam się już zupełnie. Trasa początkowo prowadziła w górę, w połowie zeszliśmy do doliny i 2/3 pokonywaliśmy po płaskim terenie. Po dwóch godzinach droga zaczęła nam się porządnie dłużyć i po całym dniu zmęczenia motorowymi przygodami marzyliśmy, żeby być już na miejscu. Na campingu zjawiliśmy się tuż przed zachodem słońca, od razu zabraliśmy się za rozkładanie namiotu i w tym samym momencie zaczęła się też ulewa. Później szybkie gotowanie kolacji, zmywanie i namiocie byliśmy trochę przed północą. Kładąc się spać zastanawiałam się w co dałam się wrobić… a to był dopiero początek.

 IMG_1165Lokalizacja w której złapaliśmy gumę.IMG_1174

W drodze do Camp Serón.

Dzień 2

Camp Serón – Dickson | 18km | 6h

Poszliśmy późno spać, a więc z rana też nie zerwaliśmy się skoro świt. Nie byłam w świetnym nastroju i w końcu Benjamin zaczął dopytywać czy na pewno chcę iść dalej, bo możemy zawrócić. Nie skakałam z radości na myśl o wędrówce, ale też nie wyobrażałam sobie powrotu tą samą drogą. Po śniadaniu zebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę. Przez to, że nie mieliśmy autentycznych rezerwacji nie wiadomo było jak daleko uda nam się dojść. Camping to pół problemu, w drodze do campingów trzeba jeszcze minąć strażników parku i okazać im rezerwację na najbliższą noc. Jeżeli rezerwacja pomija najbliższy camping, (niektórzy tak robią – narzucają sobie hiper tempo i każdego dnia gotowi są przejść 20-30km), a godzina wskazuje, że nie wyrobisz się do zachodu słońca, strażnik może zawrócić cię z powrotem.
My mieliśmy właśnie tego rodzaju problem. Rezerwacja na drugą noc nie była tą na najbliższy camping, ale następny, który wiązał się z przejściem bardzo długiego odcinka. Pomimo dość później godziny jak na nasze plany przekonaliśmy strażnika, że damy radę. Tak naprawdę w planie mieliśmy zatrzymanie się na noc na bliższym campingu.
Drugi dzień trekkingu był też dla mnie drugim najgorszym. Nie dlatego, że był tak trudny, ale ciągnął się w nieskończoność, pogoda nie dopisywała, a widoki nie wydawały mi się warte wysiłku.
Kiedy już dotarliśmy do bazy Dickson usłyszeliśmy, że nie możemy kontynuować do campingu, na który “mieliśmy” rezerwację. Właśnie mniej więcej to chcieliśmy usłyszeć, pomijając może część w której powiedziano nam, że następnego ranka musimy wracać.
Camping Dickson był najładniej położonym w sześciu, które widzieliśmy (tuż za byłoby Paine Grande). Było tam dużo miejsca i wszystko było naprawdę nieźle zorganizowane. Teren otaczała rzeka i jezioro od którego baza wzięła nazwę, a kawałek dalej chował się lodowiec. Dickson to dobre miejsce na dodatkowy dzień przerwy po dwóch dniach trekkingu. Jeżeli macie czas, warto wziąć pod uwagę rezerwację na dwa dni.

IMG_1182 IMG_1187Camp Dickson w oddaliIMG_1189 IMG_1191 IMG_1202Pomijając szczególnie ładną lokalizację Dickson, jest też na tyle duży, że każdy ma dla siebie trochę przestrzeni.IMG_1203Ktoś rozbił się nad rzeką, jeszcze lepiej.IMG_1204 IMG_1206Zielony namiot przeznaczony był do gotowania.

Dzień 3

Camp Dickson – Los Perros | 11km | 4.5h

O poranku zastanawialiśmy się co robić dalej. Zapytać o możliwość zostania jeszcze jednej nocy w Dickson i spędzić luźny dzień nad rzeką? Wracać tak jak nam rozkazano? Nie miałam za bardzo zdania na temat tego, co powinniśmy robić dalej. Benjamin stwierdził, że przejdzie się do pracowników campingu i jeszcze raz zapyta o możliwość kontynuowania trekkingu. Pracownik recepcji oświadczył, że musimy wracać, a gdybyśmy chcieli pójść dalej bez ich wiedzy, to poinformują strażników przed następnym campingiem, że mają zmusić nas do powrotu. Niespodzianka! Ten sam człowiek 3min później stwierdził, że pójdzie pogadać ze strażnikami w imieniu Benjamina, żeby pozwolili nam kontynuować. Wrócił z informacją, że możemy iść dalej. Zdaje się, że pomógł argument moich nadchodzących urodzin.
Nawet po tych 30km Benjamin zapytał czy chcę iść dalej czy zawrócić, bo wciąż mieliśmy za sobą krótszą trasę niż to, co było przed nami, łącznie z najtrudniejszym odcinkiem całej trasy następnego dnia. Szlak, który przeszliśmy wydawał mi się potwornie długi i znowu nie wyobrażałam sobie powrotu tą samą ścieżką. Nie było wyjścia, trzeba było iść dalej.
Tego dnia odcinek był krótszy i wreszcie dobrze mi się szło. Tak naprawdę z każdym dniem wydawało się, że możemy coraz więcej. Benjamin jednak narzekał trochę na ciężar swojego plecaka. Postanowiłam go wspomóc, przejąć namiot i od połowy trasy było mi znowu ciężko. Tego dnia zjedliśmy też opakowanie suszonych śliwek, zupełnie zapominając jakie mają działanie. Pożałowałam tego bardzo, ale wytrzymałam z dwójką do końca, uff.
Los Perros był średnim campingiem, choć miał jedną zaletę – schowany pod drzewami dobrze chronił przed wiatrem. Na tym etapie nie można już było liczyć na ciepłą wodę, prysznic miał być nagrodą po przejściu tych trudnych 22km kolejnego dnia.

DSC07255Lodowiec Los Perros w drodze do campingu.

IMG_1217W tym miejscu wiało tak strasznie, że ledwo mogłam utrzymać się na nogach. Jedno zdjęcie i uciekałam.

DSC07275IMG_1225
Camping Los Perros.

IMG_1243

DSC07277Gotowanie kolacji. Akurat jedzenia mieliśmy pod dostatkiem. Gdyby Benjamin posłuchał mnie co do ilości jakiej potrzebowaliśmy, zaoszczędzilibyśmy dobrych kilka kilogramów w plecaku. Możecie sobie wyobrazić, że były na trasie momenty, kiedy byłam na niego za to naprawdę wściekła;).

IMG_1239Akurat w przypadku Los Perros baza strażników parku znajduje się tuż przy campingu. IMG_1235 IMG_1234Pierwszy wieczór, kiedy zobaczyliśmy w parku słońce.IMG_1233

Dzień 4

Camp Los Perros – Grey | 22km | 9-10h

Między Los Perros a Camp Grey, które dzieli 22km, jest jeszcze Paso, ale mało kto zdaje się tam zatrzymywać. Jest bardzo mały, panują na nim słabe warunki i chyba m.in. dlatego większość decyduje się na całodzienne przejście do Grey. Rozpoczęcie wędrówki zaleca się na 6 rano, nastawiliśmy więc budzik na 5 i dwie godziny później byliśmy w drodze. Ścieżka zaczyna się dość hardcorowo, z dużą ilością błota, stromych schodów, chodzenia po kłodach i korzeniach. W sam raz na pobudkę. Później szlak powoli prowadzi po kamieniach do szczytu. 600-700m przewyższenia, żeby ujrzeć lodowiec Grey. Dalej robi się jeszcze ciężej – najsłynniejszym fragmentem tego odcinka jest zejście. Generalnie dobra jestem w zejściach i lubię je z pewnością bardziej od podejść. Podczas wchodzenia potrafię zostać z tyłu i jęczeć, za to na zejściach najczęściej kończę z przodu. W tym przypadku też szybko wyprzedziliśmy osoby, które wcześniej były przed nami, ale o raaaany. To zejście nie miało końca. Już zaczynałam błagać o płaski teren czy nawet podejście, byleby nie trzeba byłoby dalej schodzić. Było stromo, błotniście, zamontowane pozorne schody często wymagały skakania, co bez kijków i z plecakiem byłoby zabójcze dla kolan. Kiedy w końcu nastał koniec, mieliśmy przed sobą jeszcze 10km, ale i pomiędzy 30min przerwę w campingu Paso. Nie sprawiła, że dalszy szlak przyszedł mi z większą łatwością. Był taki moment na trasie, gdzie tablica pokazała przebyte 3km i 7km do przejścia. Niby wiedziałam, ale rysunek z zaznaczonym miejscem w którym byliśmy i odcinkiem do przejścia zadziałał na mnie bardzo – rozpłakałam się na całego. W ciągu całego trekkingu płakałam kilka razy, po prostu szłam i płakałam, ale biorąc pod uwagę, że płaczę z łatwością 5-latki, nie bierzcie tego za bardzo pod uwagę.
Camping Grey odwiedza więcej ludzi niż pozostałe, bo łączy się już ze szlakiem trekkingu W. Byliśmy trochę rozczarowani jego małym jak na zapotrzebowanie rozmiarem i bardzo ciasną wspólną kuchnią bez wentylacji. W grę znowu nie wchodziło też wzięcie prysznica, bo przy dwóch kabinach czas oczekiwania wynosił jakąś godzinę. Po kolacji położyliśmy się w namiocie, zasnęliśmy przed 20 i jak małe dzieci bez problemu przespaliśmy 11h.

DSC07299Błotko, dużo błotka

DSC07326
W drodze na szczyt za którym chował się lodowiec Grey.

DSC07313
A po drodze mijaliśmy też inny lodowiec. Tyle ich tu jest, że przestaje się zwracać uwagę.
IMG_1246
Pan Grey we własnej osobie. Ciągnie się na 28km. Przeszliśmy wzdłuż niego dobre 10km.

DSC07372

DSC07389DSC07391DSC07405
Na tym drzewie chciałam przeleżeć resztę życia, ale po dawce orzechów poszliśmy dalej.

DSC07412

Miłą niespodzianką na szlaku był most linowy! Chwiał się tak jak powinien, patrzenie w dół budziło lekki strach, a w połowie czekała jeszcze nagroda – obracając się w prawo całkiem blisko widać było koniec lodowca.

DSC07419

DSC07426

Dzień 5

Camp Grey – Paine Grande | 11km | 3.5h

Na początku zamierzaliśmy przejść całą, 8-dniową trasę O, ale już w drugi dzień stwierdziliśmy, że nie będziemy mieli ochoty ani sił na całość. Te 5 dni spokojnie nam wystarczyło. Zastanawialiśmy się jeszcze tylko nad dzienną wędrówką do Mirador las Torres. To najpopularniejsze miejsce w parku, gdzie gromadzi się najwięcej turystów, ale nas przede wszystkim zniechęcała wizja spędzenia jeszcze jednej nocy w parku. Tym bardziej, że był to akurat dzień moich urodzin i już naprawdę nie chciałam, żeby wiązały się od rana do wieczora z dźwiganiem plecaka jak w poprzednie cztery dni. Szkoda, że nie zobaczyliśmy wież z bliska, ale nawet nie wiem na ile potrafiłabym ten widok docenić z tamtym zmęczeniem.
Dzień wcześniej nastawiliśmy się, że z Grey popłyniemy łodzią do miejsca skąd odchodzą autobusy do wejścia parku (jak i Puerto Natales). W piąty dzień nie planowaliśmy więc już żadnych wędrówek. W Grey okazało się, że łódź odpływa z miejsca 11km dalej. Zabawne jak punkt spojrzenia zmienia się z miejscem siedzenia. Po tych 9h wędrówki dzień wcześniej, nagle 3h wydawały się niczym specjalnym, spacerem po bułki do sklepu! I zaczęliśmy też co prawda spacerkiem, ale po czasie zdaliśmy sobie sprawę, że idziemy za wolno i możemy nie zdążyć na łódź, więc przez ostatnią godzinę prawie biegliśmy. Po dotarciu na miejsce już naprawdę mieliśmy dość. Siedząc na łodzi byłam dozgonnie wdzięczna za istnienie pojazdów, za możliwość przemieszczania się bez użycia własnych nóg.

IMG_1249Wschód słońca w Grey.IMG_1252 DSC07432Przy niebieskim niebieskim wszystko prezentowało się lepiej!

IMG_1253

IMG_1258Jezioro Pahoé i oczekiwanie na łódź.IMG_1254  DSC07448
Taki ze mnie lame fotograf, że zapomniałam wyciągnąć aparat z plecaka zanim wylądował pod stertą innych. A widoki były przepiękne, coś zapisało się przynajmniej na aparacie Benjamina.
W ogóle przez tą świetną pogodę w ostatni dzień miałam wrażenie, że najlepsze widoki mieliśmy na sam koniec, z tego, co kosztowało najwięcej i było najbardziej dostępne – łodzi i autobusu.

IMG_1264Ostatnie zdjęcie parku i wieże Torres w oddali.

Czy było warto?

Uczucie jakie towarzyszyło nam w wieczór po zakończonym treningu nie da się przecenić. Wypoczynek zapracowany jak rzadko kiedy! Przeszłam dużo więcej niż bym się po sobie spodziewała biorąc pod uwagę ciężar jaki niosłam, a przecież w pierwszych minutach trekkingu wydawało mi się, że nie dam rady nawet przez godzinę.
Cieszę się, że mam to doświadczenie za sobą. Wiedząc jak było mi ciężko nie chciałabym mieć go przede mną, ale po wszystkim, wiadomo, jest super i tego się trzymajmy;).
Wiem, że park to spełnienie marzeń wielu, ale są też aspekty o których mówi się niewiele, a wydają mi się warte rozważenia, kiedy przychodzi do decyzji czy warto za wszelką cenę wybrać się na trekking do Torres del Paine. Podzielę się z Wami kilkoma:
Nie wiem, może jestem szalona, ale muszę przyznać, że miałam jednak trochę wyższe oczekiwania co do widoków. Dużo było odcinków, gdzie kilometrami szliśmy przez las, albo polanę po w miarę płaskim terenie i pytaliśmy siebie nawzajem o co to całe zamieszanie. Były i piękne miejsca, ale nie tyle, ilu się spodziewałam na tak długim odcinku. W niektórych przypadkach to też pogoda zadecydowała o tym jakie robiły wrażenie. Poza tym w górach wolę, kiedy cierpienie jest intensywne, ale trwa krótko niż rozkłada się na mniejsze dawki przez dłuższy czas. Wymagające odcinki potrafią sprawiać frajdę i czas leci wtedy szybko, niekoniecznie więc te najtrudniejsze fragmenty były tymi najgorszymi. Zazwyczaj najbardziej miałam dość, kiedy po prostu szliśmy bez końca.
Pod uwagę dobrze jest wziąć też to, że wraz ze zmęczeniem poziom ekscytacji otoczeniem dość mocno słabnie. Sporo zależy również od pogody na jaką się trafi. W Patagonii żyje ona własnym życiem i potrafi zmieniać się co pięć minut. My nie mieliśmy za bardzo szczęścia i w moim przypadku deszcz oraz zimny wiatr nie sprawiają, że mam ochotę zatrzymywać się na podziwianie widoków i tym bardziej robienie zdjęć. Po minucie stania robiło się zimno, trzeba było iść dalej.
Negatywną stroną jest też to całe zamieszanie z rezerwacjami, komplikacje z jakimi trzeba się liczyć i koszty. Oczywiście rozumiem argumenty parku, ale w takim razie może zamiast wyrywać sobie włosy z powodu trudności z dopasowaniem terminów i słono płacić, lepiej pomyśleć nad inną lokalizacją gdzie rezerwacje i inne opłaty nie są wymagane? Może zamiast trekkingu wybrać się na pojedyncze wędrówki? Argentyńskie El Chalten położone 5 godzin dalej na północ może być w tej kwestii dobrą alternatywą. Park nie pobiera opłat za wejście, campingi w górach są darmowe. Nieśmigielska opisała i pięknie sfotografowała kilka z tych najciekawszych tras. Posta piszę właśnie stąd, pogoda popsuła nam trochę plany, ale przez to udało mi się go opublikować.
Jeżeli szukacie czegoś na kilka dni, o wysokim poziomie trudności, ale wynagradzającego pięknego widokami, Huemul Circuit has it all. Benjamin jeszcze wczoraj namawiał mnie, żeby wybrali się dzisiaj na ten trekking, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy.
Obowiązkowo trzeba zabrać na niego mapę i najlepiej GPS, bo szlak nie jest dobrze oznakowany, uprząż do przeprawy przez rzekę i kilka innych rzeczy z listy wymaganych przedmiotów, ale dowiedzieć się można tego na miejscu w El Chalten, podobnie jeżeli chodzi o wypożyczenie niezbędnego sprzętu. W przypadku tego trekkingu sporo zależy również od pogody, bo przy silnych wiatrach strażnicy parku odradzają podejście. W Puerto Natales jedna dziewczyna wyznała, że podczas trekkingu po Huemul wiatr zdołał podnieść ją razem z plecakiem. Mnie samej ciężko było w to uwierzyć, ale wystarczy, żeby wyobrazić sobie jak może wiać.

To, że moje wrażenia nie wiązały się z czystym zachwytem, nie znaczy, że Twoje będą takie same. Lubię góry, lubię wędrówki, ale nie jestem ich wielkim miłośnikiem, co nie zawsze przekładało się na odpowiednie nastawienie, jakie miałby ktoś, kto w górach czuje się najlepiej ze wszystkich miejsc. Być może trekkingi nie są dla mnie, być może z kilkoma kilogramami mniej na plecach moje odczucia różniłyby się znacznie. Podczas trekkingu brakowało mi tego, co najbardziej lubię w krótszych wędrówkach – czasu, żeby móc przystanąć na chwilę, usiąść, wziąć głęboki oddech, wyluzować się i podziwiać. W Torres del Paine przystanki wiązały się dla mnie z jeszcze większym bólem, zimnem, a ściągnięcie i założenie plecaka kosztowało zbyt wiele energii, żeby regularnie się tego podejmować. Zawsze mieliśmy też przed sobą sporo do przejścia, a to sprawiało, że chcieliśmy się spieszyć, żeby mieć wreszcie ten wysiłek za sobą i móc odpocząć na campingu.
Patagonia jest na tyle ogromna, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nawet jeżeli nie będzie to Torres del Paine, Chile i Argentyna oferują wiele innych pięknych szlaków. Jeżeli będziecie szukać szerszych inspiracji, podrzucam link z 10 polecanymi wędrówkami Patagonii.

You Might Also Like

  • nie wiem jak ja to zrobiłam, ale nie slyszałam o huemul circuit, teraz jestem trochę zła, bo za prędko tam nie wrócimy. dzięki, ula! 😉

    musimy kiedys pójśc na trekking razem – jak podejście/zejście/chodzenie po błocie/deszcz trwają za dlugo, to niesamowicie się wkurwiam i płaczę. więc my byśmy sobie szly i płakały, ale chlopaki by z nas darły łacha. fun fun fun!

    hm, nie chce wyjść na marudę, ale widoki wydają sie jednak słabsze niż w argentyńskiej patagonii. teraz nie wiem, czy chcemy jeszcze do torres del paine czy nie 😉

    • Ula

      A tak się właśnie zastanawiałam czy wiedziałaś o Huemul i pominęliście czy nie. Jest nawet na mapce którą rozdają strażnicy parku, tzn nie ma na niej narysowanej trasy, ale widać górę Huemul i lodowiec i jezioro przy którym rozgrywa się cała trasa, a jak się dopyta to pokażą na innej mapie. Benjamin znalazł ten trekking jak robił research co mamy robić w Patagonii.
      To nawet dobrze, że piszesz, że widoki w Patagonii argentyńskiej lepsze, bo nie czuję się szalona- ale z drugiej strony niewiele z nich zobaczyliśmy więc no, słabo ;)).
      Ja z Tobą na trekking? Never! Na pewno zapieprzasz i musiałabym gonić! ;D

      • Ula

        Eej, laska w hostelu właśnie powiedziała mi, że wejście do Perito Moreno podrożało znowu z 1.03 i kosztuje teraz 500ars :O (gdybyś chciała zrobić update u siebie). Ale fart, że wyrobiliśmy się tuż przed!

      • akurat pod górkę nie idę szybko, ale też umiem szybko schodzic 😉

        nope, nazwa huemul nic mi nie mówi. nic. nawet z mapki nie kojarzę tej nazwy…

        edit: a! miałam zapytac: dokad teraz?

        • Ula

          Internetu nie miałam przez kilka dni i sporo się przemieściliśmy ;). Po dwóch dniach z Argentyny do Chile i od trzech dni jesteśmy na Carretera Austral i następne dni też spędzimy na tym odcinku jadąc na północ.

  • Dzięki Ula za bardzo przydatne info! Z pewnością skorzystam 🙂

    • Ula

      Super, cieszę się 🙂

  • Gabriela Grębska

    Coś wspaniałego!

  • A może jakiś post o tym, jak się podróżuje we dwójkę? I czy lepiej ci tak, czy lepiej w pojedynkę? Póki co mam doświadczenie tylko w samotnym podróżowaniu, ale wkrótce ruszamy z chłopakiem i ciekawa jestem, jakie są twoje wrażenia 🙂

    • Ula

      Nie wiem czy udałoby mi się zebrać wystarczająco materiału na takiego posta:) W skrócie- są oczywiście zalety i wady obu opcji, a jeszcze zależy od czyjegoś charakteru. Ja np. jestem samotnikiem lubiącym chodzić swoją drogą więc brakuje mi czasem decydowania w 100% co chciałabym robić, ale za to we dwójkę jest raźniej, więcej można zdziałać, uzupełniać się nawzajem itd. Czasem nie miałabym nic przeciwko podróżować sama, ale we dwójkę też jest dobrze!

  • gdybym przejechała pół świata w góry na innym kontynencie też bym chyba spodziewała się jakiś niesamowitych widoków 😀 ale tu po zdjęciach widzę, że było naprawdę spoko w tej kwestii – i na tych ostatnich nawet widzę ten “pazur” w charakterze gór z jakim kojarzy mi się Patagonia – ale fakt, nie widzę/nie czuję odległości tych wszystkich kilometrów (jeśli dobrze liczę to ponad 70 km łącznie!), pewnie po takim kilometrażu też bym wymagała co najmniej kilkunastu fantastycznych widoków 😀
    BTW – jak tam Aura się sprawuje? 🙂

    • Ula

      Plecak okazał się nienajlepszy na podróż z tego względu, że ma sztywny tył i średnio pakuje się na motor, jest mniejszy (62l) niż mój poprzedni czy Benjamina (70l), ale ma inny kształt więc np. jak pakuję go w dry bag, to muszę odczepiać górną część, żeby się zmieścił, a i tak nie mogę zamknąć dry bag, za to Benjamin może. Na wędrówce sprawdził się za to dobrze, ma kilka fajnych funkcji i kieszeni, ale już wypomniałam Benjaminowi pare razy, że niepotrzebnie wywarł na mnie presję kupna nowego;). Stary może nie dałby rady w Torres del Paine i cierpiałabym jeszcze bardziej, ale byłby lepszy na motor i nie musiałabym sie obawiać w jakim stanie wróci do Europy.

  • W sumie podoba mi się, że piszesz szczerze o tych ciemniejszych stronach podróżowania. Takie chwile przecież też są, czasem z subiektywnych powodów odpuszczamy “coś ważnego”. Albo płaczemy z bólu w marszu, jak ja na camino 😉 Nie wpływa to jednak na odbiór podróży jakoś całości.

  • Szkoda, że spontan odpada… To moja ulubiona forma podróżowania i ogarniania trekkingu. 😉 Mimo wszystko widzę, że zdecydowanie warto – co za widoki! Niesamowita przyroda. I przygoda.
    Jeśli widoki Cię nie do końca usatysfakcjonowały, może pojedziesz na trekking do Gruzji? A może już byłaś?
    Sama nie jestem urodzoną miłośniczką gór i wiem, co oznacza zmęczenie po takiej trasie… W każdym razie takie doświadczenia zostają potem w naszej pamięci jako fantastyczne osiągnięcia, a nie męczące wyprawy i to jest najważniejsze.
    Zapytam z ciekawości – jakie masz buty trekkingowe?
    Pozdrawiam 🙂