Menu
Podróże

Trzy godziny w Warszawie i spotkanie z Asią Glogazą

Z głębokim smutkiem wyznaję, że jestem już w Birmingham. Po cichu liczyłam, że ten dzień nie nadejdzie nigdy, ale stało się i mogę co najwyżej stwierdzić, że miasto nic się nie zmieniło, nadal jest szaro, zimno i deszczowo. Zatrzymałam się na dwie noce w hostelu i teraz muszę szukać pokoju do wynajęcia, bo tak naprawdę to jeszcze nie wiem gdzie będę mieszkać.

Lot do UK zarezerwowałam tym razem z Warszawy/Modlina, Ryanair promuje nowe lotnisko przez co ceny biletów bywają kilkakrotnie niższe od pozostałych miast. Niby 500km w kierunku odwrotnym, niż ten w którym zmierzałam, ale jazda pociągiem to dobra okazja do nadrobienia zaległych numerów ulubionych magazynów i czytania książki.
Chwilę po wyjściu z dworca zostałam zapytana w którym kierunku jest hala główna, po czym okazało się, że to czytelniczka mojego bloga. Bardzo miła sytuacja, pozdrawiam Cię, Kaśka!
Kilka godzin w Warszawie wykorzystałam na zaliczenie paru sklepów w Złotych Tarasach, a komentarz Agaty na blogowym FB zainspirował mnie do wyruszenia na obiad w kierunku Chmielnej…


Wybór padł na wietnamski bar Toan Pho (ul. Chmielna 5/7), który w przeszłości był stoiskiem na Stadionie Dziesięciolecia.

Po kanapkach z podróży zjedzonych w pociągu miałam ochotę na coś lżejszego. Zamówiłam sałatkę Bun Bo Nam Bo, częściowo będącą zupą. Większość miski wypełniały kiełki, smażona wołowina, orzeszki i świeże zioła, ale na spodzie był kwaskowaty bulion, w którym pluskał się makaron ryżowy. Bulion był jak dressing i świetnie przełamywał smak świeżych ziół.

Bzu wypytywała czy sałatka nie była tłusta i nie zostawiała osadu na zębach, co się podobno często zdarza w tego typu barach w Wawie, ale nie! Zachęcona moją rekomendacją jeszcze tego dnia wybrała się do Toan Pho i zgodziła się, że była pyszna. Porcja jest duża, może być podzielona na dwie osoby, a cena 16zł bardzo przyzwoita, zwłaszcza jak na tą lokalizację. Pho podobno też mają tu świetne, ale to może do spróbowania następnym razem.

Zobaczyłam cukiernianą dziurę w ścianie na tej Chmielnej i pomyślałam, że musi być dobra, więc kupiłam sobie pączka z budyniem i wiśnią. Zgniótł się trochę w plecaku i zjadłam go dopiero w samolocie, ale był dobry i podejrzewam, że na ciepło byłby jeszcze lepszy.
Swoją drogą wiem, że wielu z Was zna miejsca z tego posta, więc chętnie przeczytam wszelkie opinie.

Ktoś mi mówił jakiś czas temu, że do Bubbleology momentami ustawiają się kolejki, a ludzie robią sobie w lokalu zdjęcia, ale tym razem było pusto, choć nie wiem czy to nie przez porę dnia. Chciałam spróbować tamtejszej bubble tea, żeby porównać do tych, które piłam w Azji czy Stanach. Wybrałam ulubiony smak Taro, poprosiłam o pominięcie cukru i zapłaciłam za 0,5l grubo przesadzone 12,90zł. W Bangkoku kosztowały 3-5zł, w NYC można dostać za 6zł, a warszawska cena jest trochę kosmiczna

W smaku podobna do wszystkich, bo to w końcu tylko bubble tea, miałam  za to wrażenie, że wyczuwam proszek. Niejednokrotnie zamawiałam herbatę bez cukru, ale tym razem była aż za mało słodka, chociaż tak naprawdę ten wyczuwalny proszek przeszkadzał mi najbardziej.

Istnieje kilka opcji dojazdu na lotnisko w Modlinie. Ja wybrałam pociąg do stacji Modlin, a następnie autobus, który jedzie 10-15min, a kursy dopasowane są do przyjazdów pociągów. Nieźle przemyślane poza jednym- podstawiane autobusy są małe i przy większej grupie nie wszyscy się mieszczą, także warto wziąć pod uwagę, bo może się okazać, że na stacji w Modlinie spędzicie 30min. Bilet na autobus kosztuje 3zł, ale przy takim tłumie jaki był wczoraj nie ma nawet opcji kupienia go. Samo lotnisko jest małe, umiejscowienie bramek może nie najlepiej rozwiązane, ale duży plus za darmowy WiFi.

Nie mogłam tym razem zatrzymać się u brata w Londynie, ale z pomocą przyszła Asia, którą większość z Was pewnie kojarzy jako Styledigger. Założyłyśmy bloga w tym samym roku i teoretycznie znamy się już trochę, ale wczoraj spotkałyśmy się po raz pierwszy. Poszłyśmy wieczorem na długi spacer i około północy wylądowałyśmy na pustym i wietrznym polu (przy Blackheath), które wyglądało jak obrzeża miasta. O dziwo rozpoznałam miejsce, bo często przejeżdżałam tamtędy 6 lat temu podczas kursu językowego. Dwa autobusy później byłyśmy z powrotem w akademiku.

Obowiązkowa wspólna fotka.

Asia przyjechała do Londynu w sobotę i w przyszłym tygodniu zaczyna roczne studia magisterskie na uniwersytecie Goldsmiths. Przed południem przeszłyśmy się na campus jej uczelni.


Niewykluczone, że w nadchodzącym roku któryś z wolnych weekendów przeznaczymy na wspólne zwiedzanie Anglii, o ile przydarzą się jakieś słoneczne dni;).

Krótka wizyta w Tesco w Birmingham i półka ze świątecznymi słodyczami…Ajjj chyba nie tylko pogoda mnie tu irytuje;).