Poza wstępem wszystko było w tym poście gotowe, zanim światu opadła szczęka na wieści z USA. Jest to więc post z tych starych dobrych czasów, poza wprowadzeniem, które już wie. Gdybym naprawdę umiała pisać, to wylałabym tu swoją złość, zawód, niedowierzanie i czarną wizję przyszłości. Jednak jestem pewna, że inni zrobią to lepiej, więc w temacie wyborów i poniższego posta napiszę tylko jedno – mniej niż 10% mieszkańców San Francisco zagłosowało za Tym-Którego-Twarzy-Nie-Możemy-Już-Oglądać. Chociaż tyle dobrego.
Jadąc do San Francisco z północy wyczekiwałam kiedy miasto wyłoni się zza wzgórz. Trzymałam kciuki, żeby Golden Gare nie był zakryty mgłą, bo byłoby to małą tragedią na mój plan zapoznania Benjamina z San Francisco. Udało się! Nie było może słonecznie, ale nie mogłam narzekać na widoczność.
Zatrzymaliśmy się punkcie widokowym po północnej stronie mostu. Mroźny wiatr nie do końca pozwolił na spokojne robienie zdjęć i podziwianie widoku, ale w tym miejscu chyba nigdy nie jest ciepło, nawet jak niebo jest niebieskie.
Pisałam kiedyś o filmie dokumentalnym na temat samobójczych skoków z Golden Gate. Wczoraj i dzisiaj znalazłoby się trochę powodów na podwyższenie statystyk.

Odwiedziny rozpoczęliśmy od wizyty u mojej host rodziny na południe od SF. Choć nie do końca w tym składzie co wcześniej, bo host mama i host tata są po rozwodzie. W domu w którym byłam au pair mieszka teraz mama z dziećmi i to właśnie tam się zatrzymaliśmy, do tego w moim starym pokoju. Wrażenie było niesamowite, w pokoju praktycznie nic się nie zmieniło, więc w jednej chwili cofnęłam się w czasie i nagle byłam w swoim życiu z 2009-2010 roku. Przedziwne uczucie!
Spędziliśmy w Moss Beach trzy noce, ale nie wiem jakim cudem nie zrobiłam w domu ani jednego zdjęcia, a kiedy była pora pożegnań, Kylie i Macklina nie było w domu. Wybraliśmy się w piątkę na pływanie kajakiem po oceanie, zapoznałam Benjamina z moim host tatą i żałowałam, że nie mogliśmy zostać dłużej, jak zwykle super było ich wszystkich zobaczyć.
Jednego popołudnia wybraliśmy się z Benjaminem “za wzgórza”, żeby odwiedzić campus Stanford University. Chociaż woziłam tutaj kiedyś jedno z dzieci na piłkę nożną, sama na dobrą sprawę nie zwiedziłam dobrze terenu uniwersytetu.
Odwiedziłam campusy kilku znanych amerykańskich uniwersytetów jak m.in. Harvard, MIT, Columbia, a podczas tej podróży również Berkeley, ale Stanford robi chyba najlepsze wrażenie. Panuje tu bardzo kalifornijski klimat, czasem można poczuć się jak na planie filmu. Stanford zajmuje ogromny obszar, jest prawdziwym uniwersyteckim miasteczkiem, a wszystko zaprojektowane w taki sposób, że dużo czasu spędza sie na zewnątrz. Nic zresztą dziwnego, pogoda w tych okolicach jest jedną z najprzyjemniejszych jakie można sobie wyobrazić. Nie dociera tutaj zimny prąd powietrza znad oceanu, nie występuje mgła, bardzo często świeci słońce i przez większość roku temperatura utrzymuje się w okolicach 20 stopni. Zupełnie inny klimat niż w San Francisco, a to zaledwie 40min drogi autem. 
W poszukiwaniu dobrego jedzenia w okolicy natrafiłam na uwielbiane przeze mnie Sushirrito. Zaczynali od jednego lokalu w San Francisco, a w ciągu ostatnich lat otworzyli kilka w okolicy. Ciężko mi sobie wyobrazić lepszy fast food, połączenie sushi z burrito, poza tym jestem wielką fanką ich Lava nachos – z surowym tuńczykiem, roztopionym serem, zieloną cebulką, guacamole, paskami nori i aioli ze srirachą. Tylko ceny nie są tam na miarę fast foodu, ale jedząc tam raz na kilka lat zdecydowanie mogę przymknąć na to oko.
Po dwóch dniach Moss Beach i okolice zamieniliśmy na San Francisco!
Zaparkowaliśmy w North Beach i rozpoczęliśmy spacerowanie od włoskiej dzielnicy.

Historyczna lokalna księgarnia City Lights, mocno powiązana z literaturą beatników. Jako pierwsza firma, a nie tylko budynek, wpisana została na listę miejskich zabytków.
A tuż obok jest słynny bar Vesuvio, gdzie w przeszłości goścmi bywali Jack Kerouac, Allen Ginsberg, Dylan Thomas czy Bob Dylan.
Weszliśmy do środka, Benjamin zamówił przy barze piwo, mnie jako towarzyszkę poproszono o dowód, a że nie miałam ze sobą potrfela, to grzecznie nas wyproszono. Zapewnienia, że mam więcej niż 21 lat nie pomogły, hah.
Uliczka dalej od Vesuvio zaczyna się Chinatown.

Okolice Rusian Hill należą do moich ulubionych jeżeli chodzi o widoki na miasto.
Po chyba 7 latach internetowej znajomości wreszcie poznałam Gosię i Lee z Another’s Man Tenderloin! Niedawno przenieśli się z Bostonu do Berkeley, więc nie mogłam nie wykorzystać takiej okazji będąc po drugiej stronie zatoki. Nie rozpoznałabym Gosi na ulicy, bo na zdjęciach się praktycznie nie pojawia, ale Lee to twarz bloga! Śmiesznie tak po latach oglądania kogoś w internecie uścinąć go na żywo.
W czwórkę poszliśmy na spacer kierunku UC Berkeley, gdzie Lee zaczął studia doktoranckie. Campus nie robi może takiego wrażenia jak Stanford, ale co z tego, kiedy mówimy o jednej z najlepszych publicznych uczelni na świecie! Na koniec Gosia i Lee zaprosili nas na świetną etiopską kolację – idealnie, bo ta kuchnia mocno mi się z nimi kojarzy.
Na czas pobytu w San Francisco zatrzymaliśmy się u Moniki Waleckiej– mało jest osób, które znam osobiście i podziwiam tak jak Monię. Obiecałam, że wrócę do San Francisco zanim stamtąd wyjedzie i obietnicy dotrzymałam. Jeżeli jakimś sposobem nie kojarzycie jej, nie śledzicie na Insta, to informuję, że Monia jest PRO piekarzem, budzącym respekt ludzi z branży na całym świecie. I najlepsze – niedługo wraca do Polski i zatrzęsie stolicą. A przed oficjalnym powrotem zrobi to już za kilka tygodni swoją książką – Opowiadania Drewnianego Stołu, ze 125 przepisami, których jestem baaaardzo ciekawa. Czekam na tę książkę od dawna!
Razem z Monią i jej znajomymi odwiedziłam nowy dla mnie lokal – Ice Cream Bar. Za tą banalną nazwą kryje się miejsce o pięknym wystroju, nawiązujące do tego typu barów z lat 30-tych. Lody to tylko niewielka część menu, Ice Cream Bar podaje m.in. desery sundaes, milkshakes, nietypowe napoje gazowane, floats (deser w postaci szklanki napoju gazowanego z gałką loda), ale też klasyczne amerykańskie kanapki. Spróbowaliśmy kilku i były super. Na deser zachwyciło z kolei sundae z ciepłym brownie, gdzie zarówno lody jak i brownie były doskonałe. Wszystko w Ice Cream Bar jest z porządnych, lokalnych składników i przygotowywane na miejscu, łącznie z syropami do napojów czy chlebem do kanapek.

Spacer wzdłuż Height Street.
Jednooka głowa zwisająca z czyjegoś okna. Uroki San Francisco.
W Castro, dzielnicy homoseksualistów, przy głównej ulicy pasy są tęczowe <3
I bankomaty też mają tęczową otoczkę.
W pierwszych dniach naszej znajomości, Benjamin zapytał mnie gdzie jadłam najlepszą pizzę w życiu. Ciężko wybrać tą jedną, jedyną, ale wskazałam na Delfinę z San Francisco. Benjamin śmiał się ze mnie, nie wierząc, że pizzę życia można zjeść gdzie indziej niż we Włoszech, a już tym bardziej w Stanach. Przez 2,5 roku żartował sobie ze mnie w tym temacie kilka razy, ale ja odgrażałam się, że któregoś dnia spróbuje tej pizzy i zobaczymy kto będzie śmiał się ostatni…
I pewnie zaliczyłabym totalną wygraną, gdyby nie fakt, że ceny wyraźnie podskoczyły i nagle z pizzy za ponad 10$, zrobiła się pizza za prawie 20$, do tego przy wyższym kursie dolara. Wciąż strasznie dobra, tym bardziej, że zjedzona na trawie w Parku Dolores, ale jednak zwycięstwo nie smakowało tak słodko. Benji przyznał, że pizza jest super, ale DROGA. Meh.
Przeszliśmy taką typową trasą, którą lubiłam chodzić, spacer od Castro wzdłuż ulicy 18stej, a potem szwędanie się po Mission. Na Valencia Street zrobiliśmy przystanek w Dandelion Chocolate, żeby zjeść coś z ich świetnych czekoladowych deserów. Kruchy spód, dulce de leche, warstwa doskonałej gorzkiej czekolady i sól morska.
W podróży w Stanach świetnie sprawdził się mój zielony Re-Kanken, z nowej serii plecaków Fjällräven. Re-Kankeny wyróżniają się tym, że zrobione są z 11 plastikowych butelek, co sprawia, że są naprawdę przyjazne środowisku. Barwienie plecaków zostało przemyślane w ten sposób, żeby ograniczyć zużycie wody, energii i substancji chemicznych. Cieszę się bardzo, kiedy marki odzieżowe podchodzą do swoich produktów w tak innowacyjny sposób! Re- Kankeny w wielu różnych kolorach znajdziecie tutaj.
Dolores Park
Nie mogłam nie zabrać Benjamina na wzgórze Bernal Heights z przepięknym widokiem na miasto. Najlepiej przyjść tutaj przed zachodem słońca i zostać aż całkowicie się ściemni.
Miałam szczęście, że trafiłam z wizytą u Moni akurat w dniach, kiedy fotografowała orzechowe przepisy dla KUKBUKa. Na zdjęciu typowo jesienny amerykański placek z orzechami pekan i masło orzechowe. Pewnie trochę przemawia przeze mnie miłość do orzechów, ale zjadłam wszystko co znalazło się na sesji i z całego serca mogę polecić Wam przepisy na te pyszności – znajdziecie je w najnowszym numerze KUKBUKa “Sklepy Cynamonowe”!
I jeszcze jedno! Chleb na zdjęciu też jest oczywiście roboty Moni – jeżeli chcielibyście zgłębić tajniki pieczenia chleba typu francuskiego na pszennym zakwasie, to pod koniec tego miesiąca Monika organizuje warsztaty kulinarne w PL. Szczegóły TUTAJ!
Dzięki Moni mamy z Benjaminem kilka porządnych zdjęć z tej podróży, zrobiliśmy je na krótko przed wyjazdem z San Francisco.
